Na początku czerwca Layden powiedział, że trwający kryzys Xboxa dowodzi jak bardzo jego szefostwo nie rozumie jak działa świat elektronicznej rozgrywki. O ile słowa te same w sobie są dość dosadne, to wydają się być naturalne z ust osoby, która dopiero co pełniła kluczową rolę w obozie konkurencji. Jeśli jednak chwilę później ta sama osoba bierze na celownik markę, w której do niedawna sama pracowała… robi się jeszcze ciekawiej.
Layden odniósł się do nagłej zmiany nastawienia Sony do kwestii ekskluzywności gier. Po latach otwarcia się na pecety, firma postanowiła wrócić - przynajmniej w przypadku większości gier - do sprawdzonej taktyki ekskluzywności tylko dla swojej konsoli. Wydawanie gier na PC wydawało się być gigantycznym sukcesem - Shuhei Yoshida powiedział wręcz, że to niemal jak drukowanie pieniędzy. A jednak… choć bez żadnego oficjalnego ogłoszenia ani wyjaśnienia, Sony stwierdziło, że wraca do starych zwyczajów.
Layden stwierdził, że jego zdaniem w sprowadzeniu gier Sony na pecety nigdy do końca nie chodziło o pieniądze. Celem tego zabiegu było pokazanie Sony i jego gier ludziom, którzy inaczej nigdy by na nie nie trafili.
"Niekoniecznie dlatego, że kupią PlayStation. Nie byłem aż tak szalony. Nie sądziłem, że tak się stanie. Ale kiedy przenosimy naszą własność intelektualną do innych mediów, czy to do filmów, telewizji, komiksów czy gadżetów, czymkolwiek by to nie było, potrzebujesz jak największej liczby oczu, które są świadome istnienia tej postaci, tej historii. Skupianie się wyłącznie na populacji PlayStation i opowiadanie tych historii tylko im, a potem próba przeniesienia tego poza tę platformę do różnych innych mediów, to będzie cholernie trudny skok".
Niektórzy sądzili w tamtym czasie, że wypuszczanie gier Sony na PC było dewaluowaniem marki - jednak zdaniem Laydena sposobem na to miała być czasowa ekskluzywność, czekanie rok lub dwa zanim dana gra ukazała się na PC.
"Jeżeli ktoś czeka 18 miesięcy aż jakaś gra trafi na PC, to raczej nie tracimy potencjalnego nabywcy [konsoli]. Oni i tak by jej nie kupili. Za to w ten sposób pokrywamy koszt stworzenia portu - wydanych pieniędzy, przerzucenia zespołu do innych zadań, itp.".











