W skrócie
- Były prezes Blizzarda, Mike Ybarra, przewiduje, że Battlefield 6 zdeklasuje tegoroczne Call of Duty, kończąc jego wieloletnią dominację.
- Ybarra krytykuje Call of Duty za plagę oszustów, kontrowersyjne decyzje projektowe i odejście od militarnego realizmu.
- Battlefield 6 odnotowuje ogromne zainteresowanie w otwartej becie, a sukces gry może być impulsem do poprawy jakości całego gatunku.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu, otwiera się w nowym oknie
Mike Ybarra, który w latach 2019-2024 pełnił funkcję prezesa Blizzard Entertainment, opuścił firmę niedługo po finalizacji historycznego przejęcia przez Microsoft. Teraz, jako niezależny głos, nie zamierza gryźć się w język. W mediach społecznościowych podzielił się prognozą, która wstrząsnęła milionami graczy na całym świecie. Według niego wieloletni król strzelanek, Call of Duty, wreszcie spotka godnego rywala, który brutalnie ściągnie go na ziemię. Ybarra wprost napisał, że "Battlefield zdepcze CoD w tym roku".
To nie jest zwykła zaczepka. To publiczna deklaracja wotum nieufności wobec jednej z najpotężniejszych marek w historii elektronicznej rozrywki. Zdaniem byłego prezesa Blizzarda, taka terapia szokowa jest serii Activision wręcz potrzebna. Jego zdaniem prawdziwą zaletą tej sytuacji jest to, że "Call of Duty przestanie być wreszcie leniwe", a w rezultacie wszyscy gracze otrzymają lepsze strzelanki FPP, napędzane przez odnowioną konkurencję.
CoD zgnuśniało po 2016
Zapytany przez jednego z graczy o źródła tak surowej oceny, Ybarra bez wahania wskazał konkretne problemy, które jego zdaniem trawią serię od lat. Jego diagnoza jest druzgocąca. Uważa on, że Call of Duty zeszło na psy po 2016 roku, a lista grzechów jest długa. Wymienił między innymi wszechobecną plagę oszustów, która psuje zabawę w trybach wieloosobowych, przeładowany i nieintuicyjny interfejs użytkownika oraz gigantyczny rozmiar instalacji, który od dawna jest przedmiotem żartów.
Na dokładkę dorzucił tajemnicze "tęczowe kolory", co najpewniej jest zgrabną metaforą odejścia od militarnego realizmu na rzecz krzykliwych, często niedorzecznych skórek i elementów kosmetycznych, które nijak mają się do klimatu pola walki. Ybarra jest przekonany, że dopiero mocne uderzenie ze strony Battlefield 6 zmusi deweloperów z Treyarch i Raven Software do fundamentalnej zmiany podejścia i wsłuchania się w głos sfrustrowanych fanów.
Activision niczego się nie boi
Jak na te rewelacje reaguje samo Activision? Z nieoficjalnych informacji, do których dotarli branżowi dziennikarze, wynika, że w obozie wydawcy panuje olimpijski spokój. Źródła bliskie firmie donoszą, że menedżerowie uważają markę Call of Duty za "zbyt wielką, by upaść". W ich ocenie nawet przy silniejszej konkurencji seria poradzi sobie doskonale, podtrzymując swoją finansową i rynkową hegemonię.
Trudno się dziwić tej pewności siebie. Marka Call of Duty to fenomen, który od lat generuje astronomiczne przychody, przekraczające dziesiątki miliardów dolarów. Każda kolejna odsłona, pomimo krytyki, ląduje na szczytach list sprzedaży, a mobilne Call of Duty: Warzone regularnie gromadzi dziesiątki milionów aktywnych graczy. Z tej perspektywy słowa Ybarry mogą wydawać się co najwyżej pobożnym życzeniem.
Battlefield wraca do gry
Pomimo tego, argumenty byłego szefa Blizzarda zyskują na sile, gdy spojrzymy na imponujące wyniki bety Battlefield 6. Dane z platformy SteamDB nie pozostawiają złudzeń. Wczesny dostęp do otwartej bety nowej odsłony serii od studia DICE przyciągnął w szczytowym momencie ponad 330 tysięcy graczy jednocześnie. To wynik, który deklasuje historyczny rekord popularności poprzedniej, niezwykle kontrowersyjnej części - Battlefield 2042.
Taki rezultat pokazuje, że po klapie poprzednika gracze są spragnieni powrotu do korzeni i dali marce gigantyczny kredyt zaufania. To potężny sygnał dla Electronic Arts, wydawcy gry, że jest o co walczyć. Sukces bety to dowód na to, że głód na wielkoskalowe, taktyczne bitwy, z których słynie Battlefield, jest ogromny. Jeśli wersja finalna dowiezie obiecywaną jakość, Call of Duty może faktycznie poczuć na plecach oddech rozpędzonego rywala.
Wojna z oszustami trwa
Twórcy nadchodzącego Call of Duty: Black Ops 7, którego akcję osadzono w 2035 roku, nie zamierzają jednak stać bezczynnie i czekać na egzekucję. Treyarch i Raven Software doskonale zdają sobie sprawę, że jednym z największych problemów serii jest cheating. To zarzut, który w swojej krytyce podnosił Ybarra, i który od lat spędza sen z powiek uczciwym graczom.
Dlatego Black Ops 7 ma wprowadzić nowe, znacznie bardziej rygorystyczne zabezpieczenia. Mówi się o implementacji technologii takich jak Trusted Platform Module 2.0 (TPM 2.0) oraz Secure Boot. Dla laika te nazwy brzmią obco, ale w praktyce oznaczają one weryfikację sprzętową komputera gracza. System ten ma znacznie utrudnić działanie twórcom i użytkownikom oszustw, wiążąc integralność gry z fizycznym bezpieczeństwem maszyny. To krok w dobrą stronę, choć walka z cheaterami przypomina zabawę w kotka i myszkę.
Wielkie starcie pod okiem Microsoftu
Cała ta sytuacja ma jeszcze jeden, niezwykle ciekawy wymiar. Cały dramat rozgrywa się pod czujnym okiem giganta z Redmond. Microsoft, po sfinalizowaniu zakupu Activision Blizzard, stał się właścicielem marki Call of Duty. Rywalizacja z Battlefieldem, wydawanym przez Electronic Arts - jednego z kluczowych partnerów Microsoftu i dostawcę usługi EA Play do abonamentu Game Pass - nabiera rumieńców.
Dla graczy na Xboksach i PC to scenariusz idealny. Niezależnie od tego, która seria wyjdzie z tego starcia zwycięsko, zażarta konkurencja powinna przełożyć się na wyższą jakość obu produktów. Mike Ybarra, choć jego słowa są brutalne, może mieć rację. Czasami zimny prysznic jest najlepszym lekarstwem na artystyczne lenistwo. A na tej wojnie ostatecznie i tak wygramy my - gracze.










