Reklama

Xbox Live Arcade Unplugged vol. 1

Polska to wymarzony kraj dla osoby piszącej recenzję wymienionej w tytule gry. Widać, że Xbox 360 cieszy się większym zainteresowaniem niż jego poprzednik.

Ludzie kupują konsolę i pomimo dość wysokich cen nie przerabiają jej masowo celem włączania "kopii zapasowych". Za to należą się im, nam brawa.
Gra, której nazwa nic ci nie powie

Ostatnie dwie pozycje umieszczone na płycie lekko zaskakują. Są to elektroniczne wersje gry planszowej i karcianej. Pierwszy pod ostrze recenzenckiej klawiatury trafi Hardwood Backgammon. Nic ci nie mówi ta nazwa? A może kojarzysz tryktrak? Też nie? Do niedawna sam nie znałem zasad rządzących jedną z najstarszych, znanych człowiekowi gier planszowych. Te zaś są bardzo proste i jeśli ich nie znacie to warto się z nimi oswoić, chociażby po to, by spróbować swych sił w elektronicznej wersji gry.

Reklama


Mało nas do zgarniania punktów

Tytuł ten, podobnie jak dołączane do systemu operacyjnego Microsoftu gry saper i pasjans, podzieli zapewne graczy na dwa obozy. Jeden składający się z osób które chcą się nauczyć zasad tej gry i tych, które je znają. Drugi obejmujący tych, którzy uważają, że tego typu produkcje nie powinny trafiać na konsole. Przeciwnicy Backgammonem się nie zainteresują. Miłośników zasmuci niewielka liczba trybów gry.

W przeciwieństwie do pozostałych produkcji znajdujących się na płycie, ta nie ma się za bardzo czym pochwalić w tej materii. Trudno jednak oczekiwać, iż ktoś po raz drugi wynajdzie koło. W tryktraku nie ma za bardzo co wymyślać. Podobnie jest w kwestii oprawy audio i wideo. Hardwood Backgammon nie oferuje "oskarowych przeżyć" w żadnej z tych dziedzin. Ma za to kilka rodzajów kostek, pionków i plansz, które możemy zmieniać do woli. Mała rzecz a cieszy.

Mimo wszystko obawiam się, że tempo rozgrywki i jej "archaiczność" mogą spowodować, iż pozycja ta trafi do wąskiej grupy odbiorców. Ja daje jej siódemkę, gdyż spędzanie przy niej kilku minut sprawia przyjemność. Dłużej wolałbym jednak posiedzieć przy prawdziwej planszy z prawdziwymi pionkami.


Nie Strip, ale Poker

O dziwo nie jest tak w przypadku ostatniej gry umieszczonej w tym zestawie. Jest nią jedna z bardziej popularnych odmian pokera - Texas Hold 'Em. Tu też można pomyśleć, że to rozrywka nadająca się jedynie do prawdziwego świata. Pomysłowość i umiejętności jej twórców uczyniły jednak z tej pozycji grę, która na długie godziny potrafi pochłonąć nawet osobę nie gustującą w pokerze, jak ja.


Czekamy, myślimy, gramy

Ewidentnym minusem tej produkcji jest o dziwo czas potrzebny na jej wgranie. To tzw. pierdółka, bo przeżywamy ją jedynie przy włączaniu gry. Na jej uruchomienie czekamy jednak dość długo. Sama rozgrywka też nie należy do szybkich. Brak tu opcji przeskoczenia rozdania, kiedy nie wchodzimy do gry. To jednak są w zasadzie jedyne zarzuty jakie można mieć do tego pokera.

Podkreślałem, że nie jestem fanem tej gry karcianej. Mimo to przy Texas Hold'Em potrafiłem siedzieć długie godziny swobodnie bawiąc się w luźnej grze, turniejach czy przechodząc poszczególne scenariusze. To po prostu jest poker na poziomie. Już pierwsza konkretna wygrana pokazuje czemu prawdziwy hazard potrafi tak uzależniać. Jeśli tylko złapiemy pokerowego bakcyla, to przez długi czas będziemy kombinować jak ograć całkiem nieźle spisujących się komputerowych przeciwników. Będziemy powiększać zgromadzone na koncie środki i brać udział w coraz ważniejszych turniejach. Później swe doświadczenie przelejemy na dostępne w grze scenariusze.


Wygrywać duże sumy

Dodatkową zaletą tego produktu jest możliwość grania w sieci z żywymi przeciwnikami, którzy z całą pewnością prezentują wyższy poziom niż sterowani przez konsolę gracze. Ci czasem potrafią zaskoczyć. Szybko jednak nauczymy się ich ogrywać. Wtedy najlepiej dosiąść się do wirtualnego stołu przy którym zasiadają ludzie z krwi i kości. Przy okazji można w tle włączyć swoją ulubioną muzykę. Ta, która jest w grze szybko was zmęczy.Za ten nieprzewidziany przeze mnie czar, mnogość opcji i solidną dawkę miodności Texas Hold Em dostaje u mnie osiem punktów na dziesięć możliwych. Zdobycie większej ilości tychże uniemożliwiły grze drobne mankamenty o których wspominałem w tekście. Zdaje sobie również sprawę, że nie każdego zainteresuje poker. Polecam jednak byście dali mu szansę. A nuż wciągniecie się jak ja?

Jak zapewne zauważyliście, gry recenzujemy niejako osobno. Wszystkie dostają od nas swoje noty. Cały zestaw również zostanie oceniony jako całość. Chcemy jednak (jeśli wyrazicie zainteresowanie takim pomysłem) zrecenzować inne, warte uwagi gry Live Arcade tak, byście wiedzieli na co wydać ciężko zarobione pieniądze kiedyś w przyszłości, kiedy usługa sieciowa Microsoftu ruszy już w naszym kraju.

Ocenę dla tego produktu (kompilacji jako całości) wystawiam bez problemu. Sumuje wszystkie noty składowe i dzielę je przez liczbę gier umieszczonych na płycie. Wyszło mi 7,5. To moim zdaniem właściwa ocena tej pozycji. Jeśli kiedyś znajdziecie ją w sklepie za niewiele ponad albo trochę mniej niż sto złotych nota ta może zostać przez was śmiało podniesiona o jedno oczko.

Wybór tytułów zamieszczonych na płycie nieco dziwi, ale to zapewne kwestia gustu i tego, co specjalistom w Microsofcie mówiły odpowiednie dane, dotyczące sprzedaży tychże gier. Mimo wszystko pod nieobecność, albo przy problematycznym dostępie (jak kto woli) do usługi Xbox Live warto zainteresować się recenzowanym przez nas produktem. Chyba, że macie konto zarejestrowane w którymś z bardziej cywilizowanych państw świata. Wtedy lepiej samemu ułożyć sobie listę Best of Live Arcade i nabyć je za Microsoft Points.

Na płycie z recenzowanymi grami znajdują się również wersje demonstracyjne Marble Blast Ultra, UNO oraz Feeding Frenzy.

PS. Uprzedzając pytania powiem, że jestem lamą i w Geometry Wars nadal nie mogę dobić do miliona punktów.


Xbox Live Arcade jest dla prawdziwych graczy

Drugi znaleziony przeze mnie tytuł nie miał już jednak tyle uroku, co dzieło Bizarre Creations. Bejeweled 2 jest grą logiczną. Ja tego typu pozycje lubię nazywać klonami Tetrisa. Naszym zadaniem jest przesuwanie kamieni szlachetnych w pionie i poziomie tak, by tworzyły łańcuszki składające się z trzech, czterech albo pięciu takich samych kamieni. W założeniu prosta sprawa, w praniu okazuje się być w miarę trudnym zadaniem.. Jeśli na dodatek bawimy się w trybie, w którym ścigamy się z czasem, naszej zabawie może towarzyszyć niezbyt wyszukany język. Tytuły na tyle trudne, że widzę napis "przegrałeś" raz po raz a jednocześnie nie powodujące, iż kontynuuje zabawę z powodu wielkiej dawki miodności dostają minus za zbyt wysoki poziom wyzwania, jakie stawiają przed grającym. Tak jest i w przypadku Bejeweled 2.


Mnogość opcji

Sytuację ratuje fakt, iż w grze umieszczono naprawdę wiele trybów gry. Tych jest prawie dziesięć. Od wręczanych na starcie action czy puzzle, przez ukryte finity czy twilight. To niewątpliwa zaleta tej produkcji. Mniej uznania wzbudza fakt, iż w tytule tym nie zaoferowano nam zbyt dużej ilości samych kamieni, którymi się bawimy, tapet zdobiących poszczególne plansze czy różnorodnej muzyki. To niewielka skaza na tym brylancie.


Płać i płacz

Pojawia się w nim jednak i pęknięcie. Jest nim cena gry. Jeśli uświadomimy sobie, że tytuł ten jest łudząco podobny do oferowanego za darmo (jest na dysku konsoli w chwili jej kupienia) Hexic HD a na dodatek ten darmowy bije go na głowę grywalnością, to perspektywa odczuwania satysfakcji z zakupu tej pozycji znika szybciej niż ruszające spod świateł Bugatti Veyron. Jeśli Bejeweled 2 będzie kiedyś oferowany do ściągnięcia za darmo, na pewno warto mu dać szansę. Wtedy zapewne zasługuje nawet na jedno oczko więcej niż 6,5, które ja wystawiam mu w swojej recenzji. Na kompilacji ten tytuł budzi po prostu mieszane uczucia. Sprzedawany osobno na pewno prezentuje się lepiej.


Pozytywne zaskoczenie

Zdziwiła mnie odrobinę trzecia z opisywanych dziś produkcji. Jest nią Outpost Kaloki. Dziwi, gdyż jest w zasadzie grą strategiczną (ekonomiczną?). W tej pozycji wcielasz się w nadzorcę stacji kosmicznej. Twoim zadaniem jest spełnianie żądań kosmicznych wędrowców i pojawiających się w grze "VIPów" oraz uczynienie z kupy fruwającej w kosmosie stali dochodowego interesu. Dokonasz tego poprzez umiejętne balansowanie wydatkami i przychodami.


Zbuduj własny ISS

W Outpost Kaloki pojawiają się dwa "surowce". Są nimi energia elektryczna i pieniądze. Za te ostatnie kupujesz wszelkie budowle, a wytwarzany przez generatory prąd napędza wszystkie stawiane konstrukcje. Poprzez zwracanie uwagi na potrzeby klientów jesteśmy w stanie wznieść sporo różnych budowli z kilku występujących w grze klas. Mogą to być szeroko rozumiane centra rozrywki, tereny zalesione czy ośrodki badawcze. Sama gra podzielona jest również na misje (dostępne w dwóch trybach - adventure i war stories). W każdej z nich musisz wypełniać konkretne zadania by odblokować kolejną planszę. Pograć możemy również w luźne scenariusze.


Houston mamy problem

Pomimo tego, że póki co chwalę tą produkcję i zrobię to za chwilę raz jeszcze, nie należy jej się wybitna ocena. Pochwalić chciałem oprawę graficzną Outpost Kaloki i choć jest trochę wtórna, to mimo wszystko jej oprawę muzyczną. Tym miłym akcentem doszliśmy do największego zgrzytu tego tytułu. Jest nim ta odrobina nudy, która wkrada się w trakcie zabawy. Zdarza się, że przez ciągnące się jak makaron z serem, długie minuty czekamy aż cokolwiek się wydarzy. Pieniądze dochodzą do potrzebnej nam sumy tylko po to, by zatrzymać się i stopnieć na chwilę przed postawieniem kolejnego budynku. Budowa tychże i wspomniane oczekiwanie na zastrzyk gotówki zauważyli zapewne i autorzy gry. Dodano w niej opcję przyspieszania rozgrywki. Niewiele ona jednak zmienia. Tam gdzie raz zakiełkuje nuda, tam zapewne nigdy nie pojawi się zdrowe zainteresowanie. Gry Arcade nigdy nie powinny nudzić, pozwalać na zajęcie się czymś innym w trakcie grania. A umożliwia to trzecia pozycja umieszczona na tej kompilacji. Tylko i wyłącznie z tego powodu dostaje ona notę 7,5. Doradzam jednak byście spróbowali jej dema jeśli tylko jest dostępne na Rynku. Może pozycja ta spodoba się wam bardziej niż mnie.


Żółtobrązoweniewiadomoco

Na nudę na pewno nie można narzekać w przypadku kolejnej z recenzowanych gier. Ta, w przeciwieństwie do swoich dwóch poprzedniczek przypomina czasy starych dobrych zręcznościówek. Wik Fable of Souls pozwala nam wcielić się w kreaturę (żabę? iguanę?) z bardzo długim językiem i skocznymi nogami. Przemieszczając się po planszy dzięki chwytnym właściwościom tego pierwszego i sile tych drugich, fruwamy po levelach lepiej niż Michael Jordan po boisku koszykówki.


Połamać joysticki

Naszym zadaniem jest zbieranie zielonych larw, które wciągamy do wirtualnego pyska za pomocą języka a następnie wypluwamy w okolicach naszego fioletowego pomocnika. Ten powoli przesuwa się wzdłuż planszy zbierając zielone paskudztwa. Kiedy dojdzie do jej krawędzi musimy przekroczyć z góry wyznaczoną liczbę zebranych larw. I jak można się domyślić robimy to w kółko na różnie ułożonych planszach.

Grać możemy w dość długim trybie kariery, dodatkowym challenge mode oraz ukrytym trybie bonusowym. Jest także opcja lokalnej gry sieciowej. Śmiem twierdzić, że gdyby nie grywalność, Wik nie wyróżniałby się w żaden sposób z masy przeciętnych produkcji arcade. Gra wymaga od nas jednak pewnych umiejętności, po nabyciu których z przyjemnością "fruwa" się po planszy, kręcąc naszą postacią pętle, wykonując niesamowite skoki a w końcu zbierając na tempa zielone robaczki. To właśnie ten tytuł w przeciwieństwie do Bejeweled 2 ma bardzo dobrze dobrany poziom trudności i odpowiednią porcję bajkowego klimatu zachęcającego nas do pokonywania kolejnych plansz, pomimo popełniania durnych błędów. Z tego też powodu dostaje oczko więcej niż Bejeweled 2. Na więcej jednak nie zasługuje gdyż niczym specjalnym nie wybija się z tłumu. Ot przyjemna gra arcade z oceną 7,5.

Brawa nie należą się (i przykro jest o tym pisać) firmie Microsoft. Nasz kraj pomimo tego, że doczekał się oficjalnej premiery konsoli, dalej nie był już tak hojnie obdarowywany przez firmę z Redmond. Dynamicznie rozrastająca się usługa Xbox Live jakoś nie może zawitać do Polski. Mimo to sami przedstawiciele firmy uważają, że zakładanie sobie konta na Hawajach, w Wielkiej Brytanii czy Japonii tylko po to by móc korzystać z Live’a to rzecz całkiem normalna i powszechnie akceptowalna.

Szczerze mówiąc, pierwszy raz spotykam się z sytuacją w której ludzie chcą kupować produkty wydawane "pod banderą" Microsoftu, a firma za wszelką cenę stara się nie pozwolić im tego zrobić. Dziękujemy. Poczuliśmy troskę i wsparcie. Teraz prosimy o Live'a.

I tu kończy się przydługi wstęp. Jeśli jesteście w zapewne niezbyt licznej grupie osób, które nie wiedzą lub nie chcą "oszukać systemu" i nie mogą nacieszyć się ofertą Live'a, ta kompilacja będzie dla was jak znalazł. Xbox Live Arcade Unplugged vol. 1 to sześć gier znanych z Live Arcade. Wszystkie upchnięto na jednej płycie, by dogodzić takim farciarzom jak my – Polacy.


500 tysięcy powodów...

Pierwszą pozycją na którą powinniście zwrócić uwagę w przypadku tego zestawu to Geometry Wars Evolved. Gra, którą mogliśmy podziwiać już w Project Gotham Racing 3, a jej starsze rodzeństwo w PGR2, to dla mnie esencja a zarazem wyznacznik jakości wśród gier serwowanych na wspomnianej kilkukrotnie usłudze. Prosta, bardzo miodna, więc i wciągająca, uzależniająca jak narkotyk. Jednym słowem Arcade jak się widzi.


...by grać!!!

Za Geometry Wars Evolved na moje oko nie stoi wyjątkowa i głęboka myśl. W żaden sposób to jednak jej nie ujmuje. Gracz przejmuje kontrolę nad statkiem kosmicznym, który musi zestrzelić atakujących go kosmitów. Sterowanie jest nadzwyczaj proste. Lewy analog umożliwia poruszanie się statkiem, prawy "obrotową" wieżyczką. Do tego dochodzi bomba niszcząca wszystko co znajduje się na planszy.


Twój cel? przetrwać

Cel gry jest prosty. Musisz przeżyć jak najdłużej, niszcząc jak największą ilość obcych statków. Grasz dla wyniku. Im wyższy, tym lepiej. Ta prosta mechanika tworzy największy atut Geometry Wars - grywalność, miodność. Po ujrzeniu napisu "Game Over" za każdym razem patrzysz na wynik i chcesz zagrać jeszcze raz, żeby go poprawić. A potem jeszcze jeden i jeszcze jeden i tak w kółko. Tytuł ten powinien praktycznie każdemu dać tyle frajdy, że w zasadzie mógłby być sprzedawany jako osobna pozycja (de facto jest - na Live Arcade).


Cel drugorzędny?nie zwariować

Miodność gry jest po części również jej (jedynym?) przekleństwem. Tytuł ten, przynajmniej dla mnie, jest piekielnie trudny. Ginie się setki razy a upragnionych 500 tysięcy, miliona dziesięciu ciągle nie widać. Widać za to dużo razy napis "Game Over". To w zasadzie jedyna wada tej pozycji, jeśli nie policzymy niewielkiej różnorodności statków przeciwnika i trwającej jakieś 30 sekund muzyczki przygrywającej w tle, po przesłuchaniu której kilkukrotnie więdną uszy.


Bomba!

Nie chcę być źle zrozumiany. Wymienione przed chwilą wady wynikają po trochu z mojej złośliwości, czepialstwa i niewiary w zasługującą na maksymalną ocenę grę idealną. Geometry Wars dzięki swej prostocie, łatwości z jaką uzależnia, prostemu sterowaniu, kolorowej oprawie graficznej, ogólnemu błyskowi i czarowi zasługuje na znakomite noty. Ja daje jej 9 w skali dziesięciostopniowej. Wierzę, że mniej więcej 90% graczy po włączeniu tego tytułu zgodzi się ze mną - to esencja tego, czym miał i ma być Live Arcade. Dla tego typu wrażeń warto kupować tu gry.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy