Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Transformers: Revenge of the Fallen - The Game

Patent na tę grę nie był zbyt wysublimowany. W kilka chwil po tym, jak na ekrany kin zawitała filmowa opowieść o transformujących robotach, na current-genach wylądowało Transformers: Revenge of the Fallen - The Game. Nic to dla naszej branży nowego, nic zaskakującego, ani tym bardziej nic, po czym oczekiwać należałoby ekstrawagancji.

Ot, zwykła chęć wyciągnięcia z maszyny promocyjnej produkującej pieniądze jeszcze trochę grosiwa. Bo czy ktoś przypuszczał, że Transformers: Revenge of the Fallen - The Game mogłoby być grą... hm... odkrywczą, nowatorską czy rewelacyjną? Jakoś nie widzę tych rąk uniesionych do góry... Zresztą wydany w 2007 roku Transformers: The Game był pozycją cienką jak barszcz z uszkami z wiórów, więc wydawca (Activision Blizzard - w sumie nie byle kto) zdecydował się na zmianę producenta. Wybór padł na amerykańskiego developera, firmę Luxoflux, która na koncie ma m.in.: Pitfall 3D: Beyond the Jungle, True Crime: Streets of LA, Shrek 2, True Crime: New York City, Kung Fu Panda i kilka mniejszych tytułów. Cóż, nawet te wymienione jakieś świetne przecież nie były. A zatem wyrobnik o niezłym warsztacie i zapewne z pewnym potencjałem, ale też bez przesady. Wiadomo też było z góry, że Transformers: Revenge of the Fallen - The Game będzie z założenia grą akcji, z grubsza podążającą fabularną ścieżką za kinowym blockbusterem. Liczyć się miało przede wszystkim sprzedanie graczom jak największej dawki adrenaliny przy maksymalnie przyjaznej (czytaj: uproszczonej) rozgrywce.

Reklama

Od razu powiedzieć trzeba, że gra jest w zasadzie prościutka i niezbyt długa (misji jest wprawdzie sporo, ale nie są nadzwyczajnie rozbudowane...). Całość składa się z dwóch kampanii: osobnej dla Autobotów i osobnej dla Decepticonów. Każda z nich składa się z kilkunastu zadań, do których dostęp jest w miarę nieliniowy, co w praktyce oznacza, że zazwyczaj możemy wybrać jedną z kilku dostępnych misji, ale są też takie, które pozostają zablokowane do określonego momentu. W sumie dwa, trzy dni rzetelnego grania dla maniaka wystarczą, by grę ukończyć, robiąc sobie przy okazji przerwę na inny tytuł J. Ale już na poważnie: prostota sterowania sprawia, że po krótkim tutorialu opanujemy w zasadzie wszystkie funkcje naszych robotów. A te potrafią - dokładnie jak w kultowym serialu, komiksach czy filmie - dość dużo. Mogą chodzić, jeździć, latać, a do tego płynnie zmieniać formę (na samochody i samoloty). Oczywiście nie wszystko naraz - tu panuje ścisła specjalizacja. Transformacja wygląda ładnie, płynnie, filmowo i przyjemnie się z niej korzysta. Choć nie jest obłędna. Model jazdy czy latania jest czysto zręcznościowy, a zważywszy na to, że nasze mechy nie zaliczają wówczas wielkich obrażeń (łatwiej umyka się przed pociskami przeciwników), korzysta się z tych trybów dość często.

Kolejna rzecz, którą robią nasze roboty, to skoki i wspinanie po budynkach. Nie wygląda to tak dynamicznie, jak w przypadku bohaterów InFamous czy Prototype, przyznajmy, ale to wszakże maszyny. Jednak skoki na budynki będziemy wykonywać w miarę regularnie, głównie po to, by pokonywać przeciwników kryjących się na dachach i starających się pozostawać w ciągłym ruchu. Wrogowie starają się jak mogą - też oczywiście transformują - ale przyparci silnym ogniem szybko wymiękają. Nie da się u nich zauważyć oznak jakiejś wysublimowanej AI, bardziej wygląda na to, że mają zaskryptowany jeden, dwa rodzaje zachowań. Oprócz tego nasze "transformerki" robią w otoczeniu niemałą demolkę. Generalnie, nie jest niestety tak, że wszystko może ulec zniszczeniu (to wada), ale sporą część sprzętu ruchomego (wszelkie pojazdy, dźwigi, cysterny itp.) można jednak zrównać z ziemią (to z kolei zaleta). Dzieje się to niejako samoczynnie. Po prostu siła uderzenia i ciężar naszego transformera zniszczalnymi elementami otoczenia te po prostu wybuchają. No i oczywiście można je rozwalić, strzelając taką, dajmy na to, rakietnicą.

Rakietnicą go, rakietnicą...

Na szczęście nie jest wyłącznie tak, że masa i prędkość to nasza jedyna broń. Owszem, za ich pomocą można wyprowadzać kilka (niezbyt skomplikowanych i nie jakoś nadzwyczaj wyrafinowanych) kombosów, ale prawdziwa siła oręża leży w broniach. Wymiana ognia jest dość szybka, więc zazwyczaj zamiast walczyć w zwarciu (choć to też się zdarza - są nawet proste kombosy) walimy z czego wlezie do pojawiających się na ekranie przeciwników z konkurencyjnej drużyny. Każdy transformer ma dwie bronie i, niestety, z grubsza niewiele się one różnią między poszczególnymi jednostkami. Siać można z karabinów maszynowych i wyrzutni rakiet, a jednostki latające mają jeszcze coś na wzór snajperki. Każda broń przypisana została do jednego z ramion i może się przegrzać, jeśli będziemy prowadzili ogień ciągły. Do dyspozycji mamy jeszcze turbo oraz tryb overdrive, dzięki któremu nasza maszyna dostaje kopa. To w zasadzie tyle jeśli chodzi o uzbrojenie. Jak widać, raczej niewiele...

Dowiedz się więcej na temat: maszyny | Guardian | misje

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje