Reklama

Need for Speed Carbon

Wiele miesięcy oczekiwań, karmienia nas dynamicznymi trailerami i obietnica przełomowej części dla całej serii. Czy Electronic Arts rzeczywiście zdobyło się na odwagę i stworzyło klimatyczną, złożoną, wciągającą, ale przede wszystkim świeżą grę na nasze konsole?

To nie my!

Ostatnimi czasy lubię dogłębnie przyjrzeć się rynkowi elektronicznej zabawy. Doszedłem do wniosku, że rozrywka ta ma o wiele więcej wspólnego z kinem, niż mogło by się to początkowo wydawać. Każdy wie, że te dwa typy dzisiejszej kultury odróżnia już bardzo mało czynników, ale nie spodziewałem się, że twórcy gier zaczną być lustrzanym odbiciem ekranowych reżyserów. Zapewne kojarzycie Michaela Baya - twórcę "Armageddonu", "Pearl Harbor" czy ostatnio "Wyspy". Przede wszystkim dynamiczne, technicznie bardzo złożone, wyposażone w najlepszych operatorów kamery, muzyków i oczywiście aktorów - książkowy przykład komercji, przeboju, świetnego marketingu, ale i dla wielu, również mojej osoby, pokaz kiczu, naiwności oraz niewykorzystanego potencjału. Skracając myśl do minimum - Electronic Arts to taki daleki kuzyn Michaela Baya. Mainstream bez kompleksów, wątpliwości i najmniejszych wyrzutów sumienia. Pytanie powstaje, czy ludzie, gracze przede wszystkim, stali się tak obojętni na wszelkie sposoby wykorzystania ich chudnących portfeli? Boję się usłyszeć prawdę...

Reklama

Agresja!

Czasami mam wrażenie, że deweloperzy to takie małe dzieci, które pociesznie bawią się kosztem rodziców - w tym przypadku graczy... Już od początku "Carbonu" dostajemy mocnego "strzała" w lico - czy to nie przypadkiem "Most Wanted" i "Underground" w jednym"? Sposób prowadzenia kariery, architektura miasta, pojazdy, filmiki w technice "green box", model jazdy itd. Najśmieszniejsze jest to, że od samego intro producenci starają się nam wmówić, że najnowsza część serii nie ma nic wspólnego z poprzednikami. Rzeczywiście śmieszne...

Fabuła po raz kolejny porusza wątek pewnego "kozaka", który tym razem "narobił sobie niezłego bigosu". Ponoć był on w posiadaniu bardzo wartościowej przesyłki, którą stracił... Teraz każdy posiadasz "wkładu" w ową "przesyłkę" "grzecznie" upomina się o swoją dolę... Na szczęście nawet okoliczna mafia i ciągnący się za nami sznur policyjnych radiowozów nie są w stanie zniechęcić do ulicznych podbojów, odrabiając przy okazji zaległe długi. Podsumowując, scenariusz mimo sporych naleciałości poprzedników, prezentuje ciekawy i wciągający klimat, oferując nam udany element "Need For Speed: Carbon", a dzięki świetnie zrealizowanym przerywnikom filmowym integracja między postacią z gry a graczem przebiega szybko i bezboleśnie.

Tryb kariery nie uległ prawie żadnym poprawkom, od razu rozpraszając całą magię rewolucji, jaką zapowiadali twórcy gry. Miasto, nazwane Palmont, podzielone jest na odpowiednie dzielnice, których zdobywanie rozbija się o sukcesywne zaliczanie kolejnych "eventów". Spotkamy samych znajomych: czasówki, speedtrapy, drifty, sprinty, knock-outy i standardowe wyścigi. Cieszy obecność mechanizmu, dzięki któremu konkurencyjne gangi mogą zdobyć wcześniej zajętą przez nas miejscówkę. Po prostu otrzymujemy określony komunikat i gnamy na złamanie karku, aby odeprzeć wyzwanie konkurentów. Mało to złożone, ale dostarcza wielu emocji i klimatycznej "zajawki".

Same pojazdy podzielone są na: Muscle, Exotic i Tunery. Zdobycie wszystkich "maleństw", czyli np. Dodge Chargera, Plymouth Hemi czy interesującego nas Lamborghini wymaga od nas kilkukrotnego ukończenia gry, co może nie uśmiechać się każdemu fanowi czterech kółek. Na "szczęście" i o tym pomyśleli producenci, oferując nam zaledwie 6-7 godzin na ukończenie całego scenariusza. Zadania najzwyczajniej są proste, mało zróżnicowane i bardzo odtwórcze. Za taką cenę gry to po prostu dramat o wiele większy, niż przeżywał Jack w czasie katastrofy Titanica...

Chwalony i mocno reklamowany patent pokroju "skrzydłowych", czyli pomagierów w praktyce jedynie przeszkadza. Niby mają wskazywać skróty, atakować lidera itd. - to w rzeczywistości najczęściej przeszkadzają nam w zdobyciu "złota". Sami zdecydowanie szybciej "rozkminiamy" skuteczne pokonywanie odpowiednich tras, "traktujemy" z należytym szacunkiem oponenta i wyrażamy swoją ogólną "niechęć" do nielegalnych wyścigów...

Zapewne zastanawiacie się nad "bajecznymi" możliwościami, jakie oferuje nam "Carbon" w dowolnej "customizacji" kolejnych autek. Zwyczajnie - kupujemy odpowiednie elementy i za pomocą dostępnych suwaków decydujemy o ich kształcie oraz wyglądzie. Nie dajcie się jednak oszukać - nie wiele wnosi to do samej rozgrywki, pokazując przy okazji, jak wielki potencjał nie wykorzystali "elektronicy". Równocześnie same misje "driftowe" wymagają już od nas dokładniejszych, a przede wszystkim skuteczniejszych zmian odnośnie naszej "ride". Odpowiednie ogumienie, podsterowne zawieszenie, moc silnika i tego typu bajery - dopiero wtedy fura dostaję "przefimowego" poślizgu, czyniąc opcję "drift" największą zaletą tego tytułu.

Trasy to również nic nadzwyczajnego. To po prostu już było. Duża ilość skrótów, ciekawa architektura, wiele elementów ulegających zniszczeniu (vide "Most Wanted) i oczywiście ruch uliczny, który zawsze można "przestawić" - nie ma mowy tu o żadnej rewolucji czy świeżych pomysłach. Trochę szkoda...

Graficznie jest miło, zwłaszcza na Xboxa. PlayStation 2 jak zwykle nie poraża, a Xbox 360 nawet rozczarowuje. Generalizując - modele aut, jakie znamy, lokacje ładnie oświetlone, ciekawe efekty typu zmienna ostrość, stała animacja i spora ilość detali. Miało być pięknie, a jest dobrze, czasami bardzo dobrze.

...ale to już było...

Nie mógłbym skłamać, że "Carbon" mi się nie podobał. Ta gra ma "mega" grywalność i wiele efektownych oraz klimatycznych smaczków. Wkurza mnie jednak z drugiej strony, że gra jest tak droga, a bawiłem się z nią tak krótko. Chciałem graficznych fajerwerków, długiej i złożonej kariery, więcej filmowych patentów i ogromną możliwość "dopieszczania" moich autek. Nie oszukujmy się - Electronic Arts zaoferowało nam hybrydę "Underground" i "Most Wanted", a my to i tak "łykniemy". Tak to już jest z geniuszami tego rynku. Dla głodnego nawet odgrzewany kotlet to prawdziwa uczta pod gwiazdami...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy