Reklama

Golden Axe: Beast Rider

W ciemnych pokojach studia Secret Level żyją istoty, których na świecie jest coraz mniej. Są to fani staroszkolnego grania. Za młodu spędzali oni czas w zadymionych salonach gier, gdzie pocinali w produkcję japońskiego przemysłu elektronicznego. Gra Golden Axe od firmy SEGA tak odcisnęła swoje piętno na ich umysłach...

...że teraz, blisko dwadzieścia lat od dnia premiery, postanowili oddać światu do rąk jej remake.

Pewnego pięknego dnia spotkali się z przedstawicielami SEGA i zaczęli ustalać szczegóły. Wraz z Makoto Uchidą, twórcą pierwowzoru, postanowili oni wskrzesić dawną legendę w nowej odsłonie, lecz z zachowaniem tego, co niegdyś sprawiało, że dzieciaki z całego świata z wypiekami na twarzy wrzucały kolejne monety do automatów z Golden Axe. Przede wszystkim chciano zachować przyjemność płynącą z przechodzenia kolejnych etapów i siekania zastępów wrogów.

Reklama

Świat, którego nie powstydziłby się Conan

Yuria to surowy świat, rządzący się swoimi brutalnymi prawami. Ta kraina walecznych ludzi nie oparła się jednak natarciu Death Addera - demona, który ostatecznie opanował każdy najmniejszy skrawek ziemi. Gracz wciela się w Tyris, członkinię zakonu kapłanek-wojowniczek. Kiedy zostajemy wezwani na ceremonię przywołania smoczego Tytana, istoty czczonej jako bóg, który przewodzi zakonowi, dochodzi do ataku oddziałów Death Addera. Tytan zostaje powalony i uprowadzony przez armię demona, a Tyris ledwo uchodzi z życiem, dzięki pomocy przyjaciela Giliusa Thunderheada. Po krótkiej rozmowie o ratowaniu świata dzielą się zadaniami i tak Gilius udaje się na poszukiwanie uprowadzonego boga, a Tyris wyrusza, by odnaleźć wszystkie części tytułowego Złotego Topora - jedynej broni zdolnej do pokonania demona niszczącego całą Yurię.

W ten bardzo prozaiczny sposób zostajemy wprowadzeni do gry, która w swojej konstrukcji jest prosta jak cep, wymagająca jak niewiele współczesnych tytułów, krwawa jak filmy o Conanie i wciągająca jak jej pierwsze wydanie z 1989 roku.

Analiza cepa

Przed graczem w Golden Axe: Beast Rider stoi kilkanaście poziomów. Każdy z nich podzielony jest na kilka "wyzwań", po których przejściu monety, czas i inne statystyki są zliczane i zamieniane na ocenę oraz ilość punktów, których odpowiednia ilość przekłada się na nowe "dary bogów" - zaklęcia, bonusy, wzmocnienia itp.

Każdy poziom przebiega z gruntu tak samo. Przechodzimy wskazaną ścieżką od punktu A do B, pokonując zastępy przeciwników i przełączając odpowiednie przyciski otwierające dalszą drogę. Czasami zamiast przycisków mamy ofiarne wrota, z których wychodzą żelazne kolce, aby je otworzyć trzeba, ofiarować jednego z przeciwników. Innym razem żeby otworzyć dalszą ścieżkę, należy przy pomocy Złotego Topora rozbić magiczne glify lub statuły Death Addera. Aż żal, że nie ma innego zastosowania tej broni.

Teoretyczna prostota

Wszystko to wydaje się - i jest - bardzo proste, a to tylko z jednego powodu. Tutaj głównym wyzwaniem i atrakcją zarazem jest walka. A więc mamy całe zastępy mięsa armatniego, które proszą się o przerobienie na paszteciki. System, jaki zastosowali programiści z Secret Level, sprawdza się znakomicie. Jest zarazem prosty, jak i wymagający skupienia.

Gracz posiada trzy rodzaje "ataków" - słaby, mocny oraz (po wciśnięciu obu przycisków odpowiadających za te dwa) odepchnięcie. Do tego dochodzi umiejętność skakania, prawie zupełnie bezużyteczna i niewykorzystywana, biegania, co czasem przydaje się w walce, oraz dwa sposoby obrony. Są to dwa przyciski, jeden odpowiedzialny za blok, drugi za unik. Odpowiednie opanowanie tych kilku elementów, wraz z systemem magii i bestiami, o których za chwilę, owocuje bezproblemowym ukończeniem gry - nie jest to na szczęście tak łatwe.

Tęczowa walka

Każdy atak wykonywany przez przeciwnika określany jest odpowiednim kolorem. Ataki zielone zablokować można każdym sposobem, przed niebieskimi chroni jedynie blok, przed pomarańczowymi - unik, a przed czerwonymi lepiej uciekać w ogóle. Po udanej obronie Tyris może wyprowadzić kontratak, który jest potężniejszą wersją zwyczajnego uderzenia, z tym że niektórych przeciwników tylko w ten sposób można pozbawić zbroi niezniszczalnej inaczej. Wraz z kolejnymi udanymi kontrami i blokami, gdy nie dosięgają nas ciosy przeciwników, rośnie wskaźnik procentowy dodający bohaterce animuszu. Jednak wystarczy jeden nieudany blok i wszystko spada do zera. Gdy uda się trafić odpowiednim rodzajem kontrataku, w odpowiednim momencie serii uderzeń wyprowadzanych przez przeciwników, Tyris wykona specjalny brutalny kontratak - kończy się on albo znaczącym spadkiem energii życiowej wrogów, albo efektowną utratą którejś kończyny.

System ten wydaje się wręcz banalny, ale ma swoje zalety - wymaga faktycznego skupienia na tym, co się dzieje na ekranie, czego brakuje wielu produkcjom, w tym chociażby Fable 2, gdzie jak na chwilę spuścimy wzrok z telewizora, nic się nie stanie. W Beast Riderze taka czynność skończy się prawie na pewno szybkim zgonem bohaterki. Do tego walka w nowym Golden Axe, po kilku pierwszych poziomach, gwałtownie z "prostej" zamienia się w "bardzo trudną", nawet na podstawowym poziomie trudności. Jeśli na początku nie opanuje się odpowiednio szybkiego blokowania i kontratakowania, gra w późniejszych partiach stanie się niezwykle ciężka.

Kucyk w wersji hardcore

Na szczęście w walce Tyris ma jedno, a raczej sześć, ułatwień. Są nimi oczywiście - również tytułowe - bestie, które można ujeżdżać, a przy ich pomocy rozjeżdżać przeciwników. Od małego smokopodobnego dwunożnego gada walącego ogonem i ziejącego ogniem, po potężnego jaszczura przypominającego tyranozaura, który by przeżyć musi nieustannie jeść. Każdy z wierzchowców porusza się w unikatowy dla siebie sposób, ma specjalne ataki i nadaje się do czegoś zupełnie innego. Jeden jest szybki i zwinny, inny masywny, powolny, acz silny jak stado bizonów. Również jazda na bestii wymaga uwagi, gdyż Tyris bardzo łatwo spada ze swoich wierzchowców, a jej miejsce równie szybko zajmują przeciwnicy.

Zaciągnięte z przeszłości

W Golden Axe: Beast Rider twórcom z Secred Level udało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał po remake'u gry arkadowej. Przenieśli oni styl rozgrywki niemal niezmieniony, dodając zaledwie kilka smaczków, i zachowali to, co niegdyś przyciągało do tej produkcji. Po zapowiedziach sądziłem, że krwawa otoczka będzie jej głównym atutem. Okazało się jednak zgoła inaczej - brutalność jest na tyle wpasowana w atmosferę akcji, że wcale nie epatuje ona bezsensownością, co często spotyka takie gry. Idealnym zabiegiem okazało się przeniesienie znanych motywów muzycznych w nowych aranżacjach (chociażby kiedy na scenie pojawiają się skrzaty z jedzeniem, buteleczkami many i złotem - tak, one też tu są!). Prosta gra z automatów nagle okazuje się być zadowalająca również teraz, po dwudziestu latach, w grafice 3D z najnowszymi efektami wizualnymi i dźwiękowymi. Gdybyśmy nie zobaczyli - nie uwierzylibyśmy.

Szczypta nowości

W stosunku do pierwowzoru nie uniknięto oczywiście zmian. Przede wszystkim mamy tu kontrolę jedynie nad Tyris, pozostali bohaterowie są postaciami drugoplanowymi. Zmiany uniknął również system magii. Aczkolwiek zachowano wskaźnik mocy w postaci buteleczek z maną - każde zaklęcie kosztuje ich odpowiednią ilość. Czarów w sumie mamy... dwa. Z tym że wraz z kolejnymi poziomami otrzymujemy ich rozszerzenia. Jeden lub drugi czar wybieramy przy pomocy wskaźnika kierunkowego, a później aktywujemy odpowiednim przyciskiem, który używany większą ilość razy aktywuje ich mocniejszą wersję. Proste, skuteczne i nierozpraszające.

Świat brutalnie piękny

Od strony graficznej Golden Axe: Beast Rider stoi na bardzo dobrym poziomie. Postać Tyris porusza się niezwykle naturalnie, tak samo jak bestie i przeciwnicy, których wizerunek, wraz z barbarzyńskim stylem poziomów, buduje rewelacyjną atmosferę gry. Wrogowie pozbawieni kończyn miotają się chwilę, rozlewając krew na prawo i lewo lub poddając się kolejnym ciosom tnącym ich na jeszcze więcej kawałków. Wysuszone pustynie, zielone lasy czy kraina umarłych - wszystko jest bardzo dopracowane i klimatyczne.

Brakuje tu jednak kilku elementów, a inne kuleją pod pewnymi względami. Brakuje zniszczalności otoczenia, brakuje wielu ścieżek, którymi można by podążać, jak również większych, otwartych przestrzeni. Przeszkadzają natomiast niewidzialne ściany niemożliwe do przekroczenia i drobne wpadki wizualne - przykładowo światło, które pada na Tyris zawsze w taki sam sposób. Nawet kiedy znajduje się w kompletnym cieniu...

Bestialsko dobry remake

Golden Axe: Beast Rider zachwyca tym samym, co pierwowzór z 1989 roku. Brakuje mu jednak trybu wieloosobowego, by można pobawić się, jak dawniej, z przyjaciółmi. Ponadto, pomimo wysokiego stopnia trudności, kilku bonusów do odkrycia i niezwykłej przyjemności płynącej z sieczki kolejnych oddziałów Death Addera, wydaje się, że Golden Axe: Beast Rider jest grą na jeden raz. Ot, zagramy, skończymy, sprzedamy i więcej nie wrócimy do niego. Mimo wszystko, dzięki temu co udało się przenieść z oryginalnego Golden Axe jego nowa odsłona warta jest poznania. A wszystko to przez te rzadkie istoty ukryte w ciemnych zakamarkach studia Secred Level.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje