Reklama

Dark Sector

Każda wielka gra prędzej czy później musi doczekać się lepszych lub gorszych naśladowców. Prawdę powiedziawszy jest wręcz dziwne, że znakomite Gears of War musiało czekać aż tak długo na pierwszego "klona".

Półtora roku po premierze pojawił się wreszcie tytuł, który wykorzystuje większość świetnych patentów, które pokazał nam nowy król konsolowych strzelanek. Dark Sector nawet graficznie jest bardzo podobny do GoW, jednakże jego twórcy postanowili nie ograniczać się tylko do jednego dobrego tytułu, z którego można czerpać inspiracje. Tworząc fabułę, sięgnęli bowiem do klasyki survival horroru, czyli serii Resident Evil. I brali z niej pełnymi garściami. Zdawać by się mogło, że gra w ten sposób skonstruowana jest właściwie murowanym hitem. Czy tak jest faktycznie? Zanim odpowiemy na to pytanie, musimy najpierw opowiedzieć Wam o pewnych faktach.

Reklama

Prawie jak Gears of War

Podobnie jak wspominany już wcześniej GoW, Dark Sector jest grą akcji z widokiem zza pleców bohatera. Mamy więc tu wszystko to, co w takim tytule znaleźć się powinno. Możemy szybko biec, a kamera wtedy zacznie się trząść. Gdy dotrzemy do jakiejś osłony, nasz bohater może się do niej "przylepić", czyli ukryć całkowicie i wychylać po to, by strzelać do przeciwników. Nad większością niskich przeszkód da się przeskoczyć lub też zmienić kryjówkę na inną, która znajduje się w pobliżu. Tego wszystkiego dokonujemy, używając jednego przycisku akcji. Kiedy przychodzi już do wymiany ołowiu, mamy do wyboru strzelać z biodra lub dokładnie przymierzyć, naciskając lewy spust na kontrolerze. Co prawda obraz się wtedy przybliża i prościej wykonać upragnionego "head shota'a", jednakże w tym trybie bohater porusza się bardzo wolno, a co gorsza - musi wyjść zza zasłony. Aby umknąć przed nieprzyjacielskim ogniem, możemy wykonać unik i przeturlać się po ziemi w dowolną stronę. Wszystko to brzmi dziwnie znajomo, prawda?

Niestety jednak nie wszystko twórcy dopracowali tak jak należało, a niektórych elementów znanych z Gears of War z niewiadomych przyczyn się pozbyli. I tak czasem trudno się przykleić do przeszkody, a podczas szybkiego zmieniania osłon nasz bohater nie chce do nich przywrzeć, co sprawia, że niejednokrotnie tracimy cenne sekundy próbując go do tego zmusić. Zabrakło również możliwości strzelania na oślep. Ciężko w sumie powiedzieć czemu, wszak skoro twórcy i tak postanowili wykorzystać świetne skądinąd sterowanie, to pozbycie się tego elementu jest krokiem co najmniej niezrozumiałym.

Podobnie jak w GoW, można tu nosić naraz jedynie cztery rodzaje broni, a wybiera się je przy pomocy d-pada. Tak więc nasz bohater może mieć przy sobie nieodłączną glewię, pistolet, karabin i granaty. Od czasu do czasu znajdzie się jakaś broń ciężka, taka jak RPG lub przenośne działko Gatlinga, jednakże nie można go stosować wymiennie z innymi rodzajami broni. Większość spluw jest w miarę standardowa i nie wykracza poza to, co można znaleźć w dowolnych innych grach tego typu. Mamy tu więc pistolety, pistolety maszynowe, karabinki szturmowe, strzelby i karabin precyzyjny. Jako, że jednocześnie możemy nosić jedynie jeden rodzaj broni, musimy się zdecydować, którą z nich wybierzemy i w którą zainwestujemy ulepszenia. Prawdę powiedziawszy, i tak najważniejszy jest pistolet, gdyż tylko jego możemy używać wraz z najbardziej śmiercionośnym narzędziem tej gry, czyli glewią.

Jest ona bronią na tyle specyficzną, że warto jej poświęcić osobny akapit. Prawdę powiedziawszy, nie mamy pojęcia, czemu to zabójcze latające narzędzie, przypominające potrójną swastykę o ostrych ramionach, nazwano glewią, wszak nie ma ono nic wspólnego z XIV wieczną bronią drzewcową piechoty. Niemniej jest ona jednym z najciekawszych i najbardziej grywalnych elementów Dark Sector. Zabija się nią wrogów zarówno na dystans, jak i z bliska. Można ją podpalić, zamrozić lub naładować elektrycznością, dzięki czemu staje się dużo skuteczniejsza w starciu, a poza tym podpala przedmioty, zamienia tryskającą z rur wodę w słupy lodu, otwiera drzwi oraz eksploduje, rażąc wszystkich wrogów w pobliżu. Co więcej, dzięki możliwości sterowania jej lotem można nie tylko łatwiej ścinać wrogom głowy, ale również wciskać przyciski normalnie dla nas niedostępne. Jak więc widać, jest to narzędzie niezbędne do przejścia całej gry i na upartego można nie używać poza nią żadnej innej broni.

Prawie jak Resident Evil

Czas jednak opowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jak już napisaliśmy na początku, fabuła gry jest wyraźnie inspirowana kultową serią Resident Evil. Niestety nie da się uniknąć tego porównania, choć jest ono krzywdzące dla tego wspaniałego cyklu survival horrorów. To prawda, że w Dark Sector mamy wszystko to, co sprawiło, że RE stał się tak wspaniałą grą, ale to samo można powiedzieć, porównując malucha i porsche. Tak więc znajdziemy tu tajemniczego wirusa, który zamienia ludzi w krwiożercze monstra, niemoralne eksperymenty nad bronią biologiczną sięgające swymi korzeniami zimnej wojny oraz bohatera o mrocznej przeszłości, dręczonego problemami egzystencjalnymi. Niestety, nawet najlepsze inspiracje w niczym tu nie pomogły. Drugiego tak fatalnego scenariusza ze świecą szukać.

Wcielamy się w postać amerykańskiego agenta CIA, wysłanego z misją do fikcyjnego środkowoeuropejskiego państewka o dźwięcznej nazwie Lasria. Zostajemy zrzuceni do miasta, które zostało opanowane przez tajemniczego wirusa, który zamienia ludzi w metaliczne mutanty. Niedługo później nasz bohater sam zostaje zarażony tym wirusem i zaczyna się zmieniać w potwora. Jednakże, z nieznanych na początku przyczyn, choroba obejmuje tylko jego prawe ramię, dając mu niesamowitą broń w postaci wspominanej już glewii. To również dzięki temu tajemniczemu wirusowi rodem z Antarktydy zdobywa on w czasie gry różne nadprzyrodzone zdolności. Co więcej, w przeciwieństwie do wszystkich krwiożerczych monstrów, które spotyka on na swojej drodze, nie staje się on bestią, a wręcz przeciwnie - następuje w nim odnowa moralna. W czasie swej misji, z zimnokrwistego zabójcy na usługach CIA staje się on targanym straszliwymi wyrzutami sumienia mrocznym superbohaterem, jak ulał pasującym do subkultury emo.

Dalej jest już tylko lepiej. Na swej drodze napotkamy szaleńca, który chce rozprzestrzenić zarazę na cały świat, byłego oficera GRU, który teraz - w ramach pokuty za dawne grzechy - pracuje dla amerykanów oraz oczywiście piękną kobietę, która jest najwyraźniej byłą kochanką naszego herosa, a w tej chwili nienawidzi go serdecznie. Dzięki rozmowom z tymi osobami odkrywamy nudną jak flaki z olejem i sztampową do bólu mroczną historię naszego bohatera, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć bzdurną fabułę gry i dowiedzieć się, za co tak naprawdę naszego agenta nie lubi jego ex. Doprawdy fascynująca historia. Prawdę powiedziawszy - większego kiczu już dawno nie widzieliśmy w tak kasowej produkcji. Ciężko powiedzieć, co zmusiło dewelopera do wybrania tego właśnie scenariusza, być może były to cięcia budżetowe, a być może pomroczność jasna.

To wszystko sprawia, że człowiek bardzo szybko przestaje koncentrować się na fabule i desperacko poszukuje tego, co w tej grze może być dobre. Wbrew pozorom, takich elementów jest całkiem sporo. Oprócz warstwy technicznej zaczerpniętej żywcem z Gears of War, znalazło się tu również kilka elementów z Resident Evil, które zasługują na pochwałę. Przede wszystkim jest to sposób zdobywania broni. Jako że wszystkie gnaty używane przez armię mają czujniki skażenia i po kilku sekundach używania ich przez naszego bohatera ulegają one auto destrukcji, wszystkie spluwy musimy kupować za znajdowane pieniądze na czarnym rynku. Przypomina to trochę tajemniczego handlarza z Resident Evil 4. Co jakiś czas znajdujemy studzienki kanalizacyjne, na dole których znajduje się sklep z bronią. Jako że scenariusz i tak jest fatalny, nie ma sensu zastanawiać się, skąd one się tam wzięły, ważne, że są. Można w nich kupować nową broń i za pomocą znajdowanych ulepszeń - modyfikować ją.

Również w modelach potworów widać inspirację jednym z najlepszych survival horrorów. Zombie, mimo iż lekko metaliczne, zachowują się podobnie jak w RE4. Poruszają się całkiem sprawnie, a kiedy je postrzelić w nogi - upadną. Nie są jednak zbyt bystre i cała ich taktyka polega na bieganiu do przodu i wymachiwaniu różnymi przedmiotami w rodzaju kluczy francuskich czy dużych młotów. Ci bardziej zmutowani są już dużo bystrzejsi. Podobnie jak żołnierze, wykorzystują osłony i ostrzeliwują się zza nich. Swoim wyglądem bardzo kojarzą się z hunterami występującymi we wspominanej tu serii gier. Bardzo satysfakcjonujące są również pojedynki z bossami. Od czasu do czasu przyjdzie nam zmierzyć się z wielkim metalicznym gorylem czy dziwną, niewidzialną bestią. Zazwyczaj w takich przypadkach nie wystarczy wypruć do takiego stwora kilku ton ołowiu, by go powalić na ziemię ?- trzeba znaleźć na niego sposób. Nieco inaczej wygląda walka z pojazdami, gdyż strzelając do takiego na przykład helikoptera, wystarczy już tylko trafić go kilka razy z RPG, by ten grzecznie spadł na ziemię.

Prawie jak dobra gra

Jak zatem widać, Dark Sector jest trudną do określenia mieszanką niezłego gameplay'a z fatalną fabułą. Od strony technicznej prezentuje się nawet nieźle. Grafika może i nie powala, ale jest całkiem przyjemna. Co prawda i w tym wypadku twórcy nie uniknęli kilku błędów w rodzaju zawisających w powietrzu karabinów i odciętych kończyn, jednakże projektanci poziomów nawet się postarali. Wnętrza są mroczne i przygnębiające. Ze ścian odchodzi farba, wiele podłóg jest zawalonych, a wszędzie poniewierają się worki ze zwłokami. Niestety, twórcy gry nie zadali sobie trudu, by dowiedzieć się, jak wyglądają miasta w europie środkowej. Nie uświadczycie tutaj szarych blokowisk, całe miasto wygląda trochę jak najlepsze dzielnice Budapesztu po zarazie. Za to na szczególną uwagę zasługuje udźwiękowienie. Muzyka jest świetnie dobrana, mroczna i niepokojąca, a skrzeki i piski mutantów przyprawiają o dreszcze. Również walka przynosi sporo przyjemności, zwłaszcza, kiedy używamy glewii. Troszkę szkoda, że nie postarano się bardziej o dopracowanie walk wręcz, w których to nasz bohater, mimo teoretycznie wielkiej siły i wspaniałej broni, jest kompletnie beznadziejny. Potrafi tylko machać glewią na oślep i mieć nadzieję, że w coś trafi. Co prawda ciosy kończące przeciwnika wyglądają naprawdę efektownie, ale zanim do nich dojdzie, mamy sporo nudnego machania ręką.

Niestety, wszystkie plusy bledną i nikną w momencie, w którym dochodzimy do kwestii fabularnej. Jak już pisaliśmy, woła ona o pomstę do nieba. Scenarzystę należałoby wybatożyć i wystawić na publiczne pośmiewisko w dybach, by jego ewentualni naśladowcy zastanowili się dwa razy, nim coś takiego popełnią. W pewien sposób Dark Sector przypomina Kane & Lynch: Dead Man, z tą tylko różnicą, że tam niezły scenariusz podtrzymał kiepską grę, a tu fatalny scenariusz utopił przeciętny tytuł.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje