Reklama

Haze

Po wszelkich zamieszaniach związanych z datą wydania i platformami docelowymi w końcu doczekaliśmy się premiery. Haze ukazał się jako tytuł ekskluzywny dla konsoli PlayStation 3.

Sugerować by to mogło, że oto mamy do czynienia z kolejnym tytułem, który pokaże możliwości drzemiące w czarnej skrzynce. Niestety, zamiast tego otrzymaliśmy kolejny przeciętny shooter, który niczym specjalnym się nie wyróżnia na tle setek innych FPS-ów, w jakie mieliśmy okazję zagrać.

Give me Nectar!

W grze wcielamy się w postać młodego Shane'a Carpentera, członka jednej z największych międzynarodowych korporacji zwalczających wszelkie zło na tym świecie - Mantel Global Industries. Żołnierze Mantel są postrachem całego uniwersum bynajmniej nie ze względu na poziom wyszkolenia wojaków, nowoczesny sprzęt czy dostęp do supersprawnych pojazdów. W takie rzeczy każda armia bez większych kłopotów mogłaby się zaopatrzyć, jednak to, co wyróżnia jednostki Mantel na tle innych im podobnych, to Nektar. Specjalna substancja chemiczna zapewniająca użytkownikom lepsze widzenie wrogów, szybsze reagowanie na niebezpieczeństwo czy większą odporność na obrażenia. Tak naprawdę to silnie uzależniający narkotyk, bez którego żołnierze Mantel nie potrafiliby przeżyć. A, jak wiadomo, każdy stymulant ma swoje negatywne efekty...

Boosh!

Negatywne efekty widać od samego początku, kiedy tylko poznajemy naszych towarzyszy. Ci ludzie bez Nektaru nie potrafią żyć. To nie żołnierze, lecz banda naćpanych idiotów, którzy tylko czekają na to, aby zaaplikować sobie porządną dawkę i pozabijać trochę rebeliantów. Od samego początku gracz ma ochotę zamiast wrogom odstrzelić durne łby kompanom. Może na początku ciągłe używanie przez naszych wspólników słowa na "f", nazywanie rebeliantów zwierzętami czy też przywitania polegające na trącaniu się i wykrzykiwaniu "boosh!" (czyżby autorzy umieścili w grze jakieś ukryte nawiązanie do "chłopców" prezydenta USA w Iraku?) mogą wydawać się zabawne, ale po kilkunastu minutach stają się nawet nie tyle irytujące, co po prostu żenujące.

Reklama

Po drugiej stronie barykady

Początkowo naszym głównym celem jest walka z rebeliantami, którzy to rzekomo kradną nam cenny Nektar, oraz dorwanie ich przywódcy, niejakiego Gabriela "Skin Coat" Merino. Kiedy już udaje nam się osiągnąć cel i Merino siedzi związany w naszym helikopterze, następuje wypadek. Helikopter rozbija się gdzieś w dżungli, a my, choć ciężko ranni, cudem przeżywamy katastrofę, jednak nie możemy nawiązać kontaktu z naszymi towarzyszami. Błąkając się po omacku wśród bujnej roślinności, spotykamy młodego chłopaka, który prowadzi nas do kryjówki rebeliantów. Tam zostajemy wyleczeni i po krótkim kazaniu Merino zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę powinniśmy walczyć nie po stronie korporacji, a przyłączyć się do rebeliantów. Niestety, fabuła nie porywa, jest wręcz sztampowa, a na dodatek kampania jest tak krótka, że nawet się człowiek nie obejrzy, a tu już napisy końcowe. Chociaż akurat w przypadku tego tytułu należy to zaliczyć na plus, bowiem nie musieliśmy się z nim zbyt długo męczyć...

Magiczne właściwości

Jak wspomnieliśmy wcześniej, walcząc po stronie korporacji Mantel mamy dostęp do Nektaru, który zapewnia naszej postaci niemal magiczne właściwości. Po wciśnięciu przycisku L2 doładowujemy poziom stymulanta w naszej krwi. Dzięki temu przez pewien czas jesteśmy praktycznie niezniszczalni. Jednak efekty uboczne potrafią uprzykrzyć życie, choć paradoksalnie okazują się one najlepiej zrealizowanym elementem w grze. Przedawkować jest bardzo łatwo - wtedy nasza postać dostaje po prostu świra. Nie możemy puścić spustu, strzelamy gdzie popadnie, raniąc często swoich pobratymców, a pasek zdrowia nam się nie regeneruje. Efekty uboczne jednak występują również często i bez naszej winy. Shane miewa halucynacje, a kiedy nastąpi czasowe zerwanie połączenia butli z Nektarem z naszym organizmem, obraz staje się niemal czarno-biały, nie możemy korzystać z zoomu w naszej broni, a także, co oczywiste, nie mamy dostępu do Nektaru. Z czystego obowiązku wspominamy jeszcze o rodzajach broni, których możemy używać, będąc po stronie nadpobudliwych narkomanów. Przez większość czasu i tak będziemy korzystać z szybkostrzelnego karabinu, a jedynie od czasu do czasu przyjdzie nam dzierżyć wyrzutnię rakiet, zwykły pistolet, shotgun czy snajperkę.

Hey guys, I'm dead

Wydawać by się mogło, że po przejściu do obozu rebeliantów mamy znacznie mniejsze szanse w walce z naszprycowanymi byłymi kolegami. Nic bardziej mylnego. Dzięki temu, że wcześniej byliśmy uzależnieni od Nektaru, teraz naszą wiedzę możemy wykorzystać w starciach z przeciwnikiem. Wystarczy, że trafimy w zbiornik ze stymulantem, by nasi ekskompani pozabijali się nawzajem. Zawsze można również skonstruować specjalny granat z dużą zawartością Nektaru, który rzucony w grupę żołnierzy Mantel wywoła podobny efekt, jak odcięcie im dopływu do narkotyku. Będąc rebeliantem, możemy również udawać zmarłego, co wygląda nieco komicznie, jednak doskonale sprawdza się w walce, bowiem wówczas jesteśmy niewidoczni dla oponentów. Nic nie stoi także na przeszkodzie, by skonstruować minę pułapkę. Wyposażenie armii rebeliantów jest bardzo podobne do tego, którego używają jednostki Mantel, jednak jest nieco mniej zaawansowane technicznie. W zamian za to uzyskujemy dostęp do miotacza ognia, a także noża, który spryskany Nektarem okazuje się zabójczą bronią.

Towarzysze, co z wami?

W trakcie gry przez większość czasu jesteśmy skazani na towarzystwo innych żołnierzy, którzy mają pomóc nam w walce. O ile do SI przeciwników nie można mieć zarzutów, tak zachowanie naszych kamratów zamiast pomagać, nierzadko utrudnia nam życie. Często blokują się gdzieś w drzwiach, uniemożliwiając przejście, albo rzucają się na oponentów niczym mięso armatnie. Co ciekawe, nie możemy wydawać im żadnych rozkazów, ale możemy ich leczyć. Wygląda to przezabawnie, bowiem kiedy nasz kompan jest ranny, po prostu kuca, a nad jego głową pojawia się ikonka z krzyżykiem. Najśmieszniejsze jest to, że leczenie polega na zwykłym klepnięciu w plecy, po którym nasz kolega jest zdrów jak ryba. W pojazdach nasi wspólnicy również nie zachowują się najlepiej, pomijając już fakt, że jazda czymkolwiek w tej grze jest po prostu tragiczna.

Graficznie nierówno

Nie oszukujmy się. Haze nie pobił Crysisa. Poziom graficzny jest w tej grze bardzo nierówny. Z jednej strony początkowe etapy w południowoamerykańskiej dżungli wyglądają bardzo ładnie, z drugiej - późniejsze tereny działań prezentują się znacznie gorzej. Chwilami nawet odnosiliśmy wrażenie, że to poziom graficzny rodem z PlayStation 2 (sic!). Mimika twarzy występujących postaci także pozostawia wiele do życzenia, aczkolwiek sama animacja w grze wypadła poprawnie.

Znośny multiplayer

Prócz gry w pojedynkę, gra oferuje nam tryb co-op, w którym do konsoli możemy zaciągnąć maksymalnie czwórkę graczy. Prócz tego dostępna jest opcja gry przez sieć, w której znajdziemy takie standardowe tryby rozgrywki, jak deathmatch czy team deathmatch. Najciekawszy jednak wydaje się assault, w którym wybieramy obóz, po którego stronie chcemy walczyć, a w trakcie gry musimy wykonać szereg określonych zadań. Niestety, narzekanie graczy na złe zbalansowanie postaci nie wróży Haze długiej żywotności w sieci...

Bardzo przeciętnie

Haze to modelowy przykład tytułu marketingowego. Obiecywano nam gruszki na wierzbie, a dostaliśmy to co zawsze. Jednak jeśli ktoś nie oczekuje po tym tytule, że dzięki niemu przeżyje swoiste katharsis, a jedynie chce się rozerwać na parę godzin, to przymykając oko na niedoróbki, można dać temu tytułowi zielone światło. W przeciwnym wypadku zaś można go sobie spokojnie odpuścić. W końcu jest tyle innych dobrych FPS-ów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy