Reklama

So Blonde: Blondynka w opałach

Sunny Blonde ma wszystko, o czym mogłaby marzyć przeciętna nastolatka. Bogatych i kochających rodziców, figurę gwiazdy filmowej, przyjaciółkę od serca (i zakupów, rzecz jasna) oraz najmodniejszą komórkę. I, niestety, pecha.

Najpierw rodzice zabierają ją na koszmarnie nudny rejs po Karaibach, potem przez jakiegoś panikarza wypada za burtę podczas burzy... a na koniec budzi się na jakiejś zabitej dechami wysepce, na której nie ma nawet porządnego supermarketu. W dodatku jej kosmetyczkę porwał jakiś futrzak, więc o poprawie makijażu może jedynie pomarzyć!

Nie, to nie zapowiedź najnowszego telewizyjnego tasiemca. To przygodówka francuskiego studia Wizarbox, do której scenariusz napisał Steve Ince, autor mający na swoim koncie między innymi takie gry, jak Broken Sword, In Cold Blood czy Beneath a Steel Sky. Mowa o So Blonde, która w polskiej wersji nosi podtytuł Blondynka w opałach.

Widziałaś jedną - znasz wszystkie!*

Przygodówka jaka jest, każdy widzi. Forma znana wszystkim, który choć raz w toto grali. Miłośnikom tłumaczyć nie trzeba, wrogom tym bardziej. Wyjątki w rodzaju Experience 112 zdarzają się rzadko. So Blonde nie odbiega zbytnio od kanonu: dużo chodzenia po lokacjach, kombinowania "co z czym" i zaczepiania Bogu ducha winnych mieszkańców. Dodajmy do tego wielką malowniczość większości miejsc, ciekawy scenariusz, sympatyczną bohaterkę - i mamy zapewnioną dobrą zabawę na ładnych kilka dni.

Reklama

Może i jestem głupią blondynką, ale nie szaloną!Główna bohaterka gry to na pierwszy rzut oka stereotypowa blondynka, skrzyżowana z przeciętną amerykańską nastolatką. Drugie, uważniejsze oględziny ujawniają jednak kilka szczegółów. Zamiłowanie do ekologii to tylko jeden z nich. Sunny ma też sporo tupetu, nieprzeciętne poczucie humoru i ostry język - czego na własnej skórze doświadcza choćby pewna przemądrzała piratka. Do tego jest ciekawska jak młoda foka. I równie rozważna.

Naszej bohaterce przyjdzie stawić czoła bardzo niecodziennej sytuacji. Samotnie, z dala od cywilizacji, musi rozwikłać tajemnicę, jaka spowija tropikalną wyspę i jej mieszkańców. W ciężkich chwilach polegać będzie mogła na swoim harcie ducha, niespożytej energii, poczuciu humoru i kilku przyjaciołach, jakich zdobędzie na miejscu.

O, nie! To Jednooki!

W trakcie przygód Sunny spotka spory tłumek postaci zamieszkujących wyspę. Może ich różnorodność nie dorównuje tej z erpegów, ale za to nadrabiają barwnością. Ponieważ nie jest to ani poradnik do gry, ani "Who is who", nie będziemy wyliczać i opisywać wszystkich tych osób. Pozwolimy sobie na wspomnienie tylko o głównych personach całego dramatu.

1. Morgana - brunetka i powód dużej części kłopotów, jakie Sunny czekają na wyspie. Ponadto, niejako dodatkowo, kapitan pirackiego okrętu. Jest zdecydowanie starsza, niż mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka.

2. Jednooki - zły i straszliwie mroczny szef drugiej ekipy piratów. Od chwili pojawienia się Sunny na wyspie co chwila natykamy się na ślady jego paskudnej działalności. Siłą i terrorem zmusza mieszkańców Zapomnianej Wyspy do posłuszeństwa.

3. Juan Grant - poeta, romantyk i przystojniak rodem z harlequinów. W wolnych chwilach pełni również funkcję burmistrza. Jest beznadziejnie zakochany w Morganie, a podczas napadów złości Jednookiego służy za kozła ofiarnego.

4. Maks - sympatyczny futrzak, którego blondynka spotyka na samym początku swojej przygody. Przypomina trochę kudłatego ostronosa. Przez resztę gry towarzyszy Sunny, w razie konieczności służąc jej pomocą.

To nie żaden kurort, tylko Zapomniana Wyspa

Cała awantura rozgrywa się na tropikalnej wyspie gdzieś na Karaibach. Sceneria jest skrzyżowaniem rajskich ogrodów, nieco tandetnych scenografii do filmów o piratach i terenów wulkanicznych. Wszystko przedstawione w postaci miłej dla oka animacji, nieodparcie kojarzącej się z komiksami. Oprawę graficzną dopełniają komiksowe cutscenki.Natomiast podkład muzyczny kojarzyć się może z wakacyjnymi filmami familijnymi.

Komu jest potrzebny Indiana Jones?

Całość gry, tradycyjnie dla przygodówek, prowadzimy metodą point-and-click. Jak to zwykle bywa, dużą część zabawy oparto na łączeniu ze sobą rozmaitych przedmiotów. W przypadku So Blonde kombinacje te oparte są na logice i prawach fizyki, jakie znamy z codziennego życia.

Przykładowo w jednym z zadań nasza bohaterka ma przygotować cappuccino, do czego potrzebna jest przefiltrowana (bez fusów) kawa. Szybko domyślamy się, że do tego procesu posłuży nam kawałek ściereczki. Jednak aby ukończyć zadanie, ściereczkę należy połączyć z lejkiem. Kwestia zupełnie oczywista, nieprawdaż?

Gra składa się z czterech rozdziałów. W trakcie niektórych z nich przyjdzie nam prowadzić dwie inne postacie: Juana i Maksa. Ci dwaj nie są jednak pełnowymiarowymi bohaterami. Funkcjonują jako "narzędzia", mające zapewnić Sunny sukces w konkretnych działaniach. Przejawia się to ograniczonym wpływem na rozwój fabuły, automatyzacją części ich działań, czy chociażby niedostrzeganiem elementów otoczenia, które nasza blondynka uznaje za interesujące. Uatrakcyjniają grę, jednak twierdzenie deweloperów, że mamy trzy grywalne postacie, jest drobną przesadą.

Kto by pomyślał... Zrobił błąd w słowie "smęcenie"!

Trochę ciężko jest wypowiadać się o tym tytule w pełni obiektywnie. Gra jest całkowicie zlokalizowana, a co za tym idzie nie daje możliwości porównania pewnych elementów fabuły. Niewątpliwie polska wersja ma bardzo porządne udźwiękowienie, doskonale przetłumaczone dialogi i świetnie oddane żarty. Ponadto Aneta Zając doskonale sprawdziła się, podkładając głos Sunny. Od tej strony gra nie pozostawia nic do życzenia. Czasem tylko pojawia się lekki zgrzyt w rodzaju staruszka mówiącego głosem młodzieniaszka. Na szczęście takich wpadek jest niewiele.

Może gdzieś w okolicy mieszka chłopiec o imieniu Clark?

Dawno już przyjęło się, że przygodówki to gry, w których pewne rzeczy traktuje się z przymrużeniem oka. Nie inaczej jest w przypadku So Blonde. Ilość żartów sytuacyjnych wypada tu zadowalająco. Dużą zaletą są też dialogi, szczególnie że bohaterka obdarzona jest sporym poczuciem humoru. Jednak podstawowym elementem zapobiegającym nudzie czy smęceniu w trakcie zabawy są pastisze i docinki pod adresem szeroko rozumianej kultury. A dostaje się wszystkim i wszystkiemu: od klasyki powieści przygodowych, poprzez familijne seriale, na grach kończąc. W rezultacie otrzymujemy tytuł, przy którym banan nie spełza nam z pyska.

Wrzuć monetę, wrzuć monetę

Zgodnie z zapowiedziami, w czasie rozgrywki co pewien czas trafiamy na minigry. Prześledzenie forów dyskusyjnych dla miłośników gier przygodowych pozwala zauważyć wiele głośno, z żalem i zupełnie niesłusznie wypowiadanych obaw pod ich adresem. Podstawowym zarzutem jest twierdzenie, że wprowadzenie ich było nader nieeleganckim posunięciem wobec graczy. Dlaczego? No cóż, znaczna ich liczba opiera się na elementach zręcznościowych. A łapanie robaczków na czas albo wyścigi z lokalną sportsmenką często nie należą do łatwych zadań. Spieszymy jednak uspokoić czytelników. Prawie wszystkie minigry można "wygrać" automatycznie. Te natomiast, które nie dają się "załatwić" w taki sposób, opierają się na typowych dla gatunku elementach logicznych, może nie zawsze typowo przedstawionych, ale zdecydowanie mieszczących się w kanonie. I stanowczo wymagających nie zręczności, tylko myślenia - a to wielbicielom przygodówek przecież nie powinno przeszkadzać.

Rozum jest potężniejszy niż mięśnie

Nasza blondyneczka, wbrew stereotypom, jest całkiem niegłupia. I uwaga ta tyczy się tyleż bohaterki, co i gry. Na tle licznych produkcji podobnego typu So Blonde wyróżnia się wysoką "logicznością". Nie używamy w niej kota do siekania cebuli ani nie otwieramy drzwi taranem zrobionym z kolegi. Niemal za każdym razem, kiedy w końcu uda nam się odkryć, jak coś zrobić, na usta ciśnie się "No tak, to przecież oczywiste!". Nie każdy oczywiście uzna to za zaletę gry. I bynajmniej nie oznacza to, że łamigłówki, które przyjdzie nam rozwiązywać podczas gry, są łatwe. Ince zadbał o to, żebyśmy nie mieli szans na nudę.

Z czystym sumieniem polecimy ten tytuł każdemu miłośnikowi przygotówek, jak również osobom, dla których dobry żart warty jest więcej niż tony ołowiu wypluwanego przez wirtualne spluwy. Lekka opowiastka, która może być doskonałą metodą na odsapnięcie pomiędzy kolejnymi wyprawami w mroczne odmęty wirtualnych światów.

*Wszystkie śródtytuły są cytatami z gry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje