Reklama

Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Risen

Wszystkie teksty dotyczące Risen standardowo rozpoczynają się od długich wstępów opowiadających o tym, jak to producenci Gothica, czyli Piranha Bytes, rozstali się z wydawcą, który zlecił wykonanie kolejnej części cyklu innemu deweloperowi. Nasz - jak zapewne już zauważyliście - rozpoczął się prawie tak samo, na tym jednak podobieństwa właśnie się kończą.

Mamy bowiem na głowie rzecz znacznie ważniejszą - rozłożenie na czynniki pierwsze, wzięcie pod lupę i rozgrzebanie wnętrzności najnowszej produkcji niemieckich "piranii". Zatem do dzieła!

Reklama

Z Piranha Bytes jest troszkę jak z Januszem Gajosem, znanym wcześniej większości widzów jedynie z roli w Czterech pancernych i psie; w ciągu niemalże dekady studio to stało się w światku graczy synonimem słowa Gothic. Zakończenie pracy nad tym serialem nie oznacza jednak końca dewelopera, który zapewne jeszcze podczas prac nad trzecią częścią sagi o Bezimiennym miał koncepcję dalszego ciągu. I nie tylko kariery, jak Gajos, ale również stworzonego przez siebie cyklu. Każdy bowiem, komu starczyło cierpliwości, by przejść Gothic 3, dostrzeże zapewne, że Risen zaczyna się od sceny, która jest... praktycznie dalszym ciągiem jednego z zakończeń poprzedniej gry. Już na samym początku zabawy twórcy puszczają do fanów oko i choć zamiast nazwiska Xardas pada określenie "wyjątkowo potężny mag", to my przecież swoje wiemy, nieprawdaż? Co najciekawsze, ta enigmatyczność towarzyszy nam podczas całej gry - wciąż jest mowa o "kontynencie", nigdy nie padają żadne nazwy ani nazwiska, choćby wygnanych bogów czy obecnych władców. Wygląda to tak, jakby rzeczywiście Risen był kontynuacją "trójki", przy czym z wiadomych względów twórcy nie mogli użyć dotychczasowego settingu.

Imię, nazwisko, kontakty!

Wszystko to jest wstępem do najważniejszego stwierdzenia dotyczącego najnowszej gry Piranha Bytes: to tak naprawdę klasyczny Gothic, ubrany dla niepoznaki w pełną niedopowiedzeń i aluzji, nową formalną otoczkę. Klasyczny i znacznie, znacznie lepszy od poprzedniego dzieła niemieckich deweloperów. Teraz, kiedy wiecie już praktycznie wszystko, możemy na spokojnie przeanalizować poszczególne elementy rozgrywki, rozpoczynając oczywiście od naszego bohatera i fabuły. Osoby mające kiedykolwiek kontakt z Age of Conan mogą przeżyć deja vu - gra rozpoczyna się dokładnie tak samo i w dokładnie takim samym miejscu, jak produkcja Funcomu. Mamy więc zdezorientowanego i niewiele pamiętającego bohatera, który budzi się na tropikalnej plaży i rozpoczyna swoją walkę o przeżycie. Oczywiście szybko okazuje się, że wyspa, oprócz pięknych krajobrazów, jest w stanie przypadkowemu turyście zagwarantować cały wachlarz dodatkowych atrakcji, począwszy od mięsożernych nielotów, poprzez klekoczących ożywieńców, różnorodne włochate bestie, a skończywszy na właśnie trwającej wojnie między lokalnym capo di tutti capi a świeżo przybyłą Inkwizycją. Jest jasnym jak tropikalne słońce, że nasz - tradycyjnie i zgodnie z dobrym obyczajem - bezimienny heros musi wplątać się w sam środek wydarzeń wstrząsających, czasem zresztą dość dosłownie, spokojną dotąd i trochę zapomnianą wyspą.

Naszym pierwszym zadaniem jest zorientowanie się w sytuacji i opowiedzenie po jednej ze stron konfliktu. Tutaj nie ma miejsca na neutralność - osamotnieni i bez wsparcia którejś z frakcji, szybko padniemy ofiarą otaczającej nas rzeczywistości. Co prawda początkowe zadania mogą wywołać lekki niesmak - znów przynosimy komuś kolację czy zbieramy zboże z pola - jednak z czasem zaczynamy wkręcać się w specyfikę miejscowego życia, a nowe misje stają się coraz ciekawsze i bardziej wymagające. Szybko orientujemy się, że poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, na wyspie nie ma praktycznie osób, które da się jednoznacznie ocenić. Każdy dba tu przede wszystkim o własne interesy i stara za wszelką cenę przeżyć, co w obliczu niemalże otwartej wojny oraz pojawienia się dziwnych i niebezpiecznych ruin, zaczyna być nie lada sztuką. Zaczyna nas również wciągać główny wątek fabularny, który jest najbardziej jak dotąd udaną historią, jaką udało się wymyślić "piraniom". Szkoda tylko, że mniej więcej od połowy gry (trzeci rozdział) całość naszych działań zostaje podporządkowana właśnie jemu, przez co bezpowrotnie tracimy poczucie swobody i ważności naszych wyborów, którymi wcześniej rozpieścili nas twórcy.

Dowiedz się więcej na temat: wyspa | umiejętności | rozgrywki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama