Reklama

Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Men of War

Osiołkowi w żłoby dano...

Reklama

Nikt nie starał się w grze wprowadzać sztucznych ograniczeń co do wykorzystywania sprzętu. Każdy przedmiot z ekwipunku wroga i każdy będący na chodzie pojazd może zostać wykorzystany. A taki nieco popsuty zawsze można naprawić, jeśli tylko skądś skombinuje się skrzynkę narzędziową. Pod względem ekwipunku nie istnieje chyba gra strategiczna dająca aż taką swobodę wyboru. Trochę martwi, że różnorodności broni nie towarzyszy zróżnicowanie amunicji. To spore i psujące realizm uproszczenie. Dam konia z wozem temu, komu udałoby się załadować pepeszę pestkami z MP-41 albo strzelić z dowolnego niemieckiego czołgu za pomocą brytyjskiego pocisku o teoretycznie analogicznym kalibrze. Tak, mamy jedynie jeden podstawowy typ naboju karabinowego, jeden rodzaj pudełka z taśmą do cekaemu i tak dalej. Fakt, że łatwiej dzięki temu jest zmieniać broń jak rękawiczki, ale szczypie to w oczy.

Arsenał odwzorowany w Men of War jest naprawdę imponujący. Nie tylko typowe, zakorzenione w masowej świadomości pukawki i pojazdy, ale też mnóstwo innych, znacznie mniej znanych. Ogólnie aż trudno się zdecydować, co wykorzystać. A to oznacza, że warto zagrać jeszcze raz, z innym podejściem do uzbrojenia... Dla miłośników militariów to raj, zwłaszcza że modele odwzorowano bardzo szczegółowo. Owszem, twórcom zdarzyło się kilka potknięć merytorycznych (a może nie im, a tłumaczom z rosyjskiego na angielski, z którego dopiero nastąpi przekład na nasz język?), takich jak niewłaściwe nazewnictwo wersji rozwojowej danego pojazdu, ale to przypadki odosobnione. Szkoda, że twórcy nie dorzucili szczegółowej encyklopedii broni - prawdopodobnie miałaby niewiele potknięć, więc stanowiłaby dodaną wartość edukacyjną. Szczerze mówiąc, z braku dokładniejszych informacji o wszelakich typach broni i pojazdów, ktoś kto nie jest specjalistą od drugowojennych militariów może poczuć się bardzo, bardzo zagubiony...

Wrogie i bratnie mięso armatnie

Życie żołnierza na froncie nie należy do rzeczy specjalnie drogich. Jest tylko jedna prawda o wojnie: umierają na niej ludzie - jak powiedział generał Sheridan. Twórcy gry pamiętali o tym i trzeba przyznać, że nieźle przenieśli to w realia wirtualnych zmagań. Trup ściele się gęsto, co przy dosyć skromnych siłach, jakimi zwykle dysponujemy, oznacza konieczność notorycznego zapisywania stanu gry i odtwarzania go po każdym momencie nieuwagi. Co prawda wojacy dysponują bandażami o niemal cudownej mocy, ale ich użycie wymaga dużo czasu i odłożenia broni. Nie zawsze jednak jest czas na taki luksus. Bywa, że jesteśmy świadkami prawdziwych rzezi, z których musimy jakoś wyprowadzić swoje siły (a czasem również uratować te będące pod kontrolą komputera). Do tego dochodzi hekatomba w siłach nieprzyjaciela, bo trudno ukończyć misję (nawet taką, w której mamy poniżej dziesięciu podkomendnych) bez zabicia półtorej do dwóch setek wrogów i wyeliminowania przynajmniej kilkunastu pojazdów.

Tę rzeź ułatwia nam sam komputer, bo - z przykrością to stwierdzamy - SI nie prezentuje się rewelacyjnie. Tłum piechurów czołgających się w stronę czołgu, którzy nawet nie miotają granatów (z karabinu czy peemu mogą najwyżej poćwiczyć rykoszety od pancerza, co robią z entuzjazmem) to widok tyleż idiotyczny, co przykry i nagminny. Przejmując bezpośrednią kontrolę nad pojazdem czy jednostką, zamieniamy ją de facto w anioła śmierci - granicą jest jedynie stosunek używanego uzbrojenia do pancerza celu. O ile oczywistym jest, że SI nie jest w stanie dorównać człowiekowi, to już zagadką pozostaje jego żałosna skuteczność w eliminowaniu z karabinu maszynowego wojaków wroga - własnoręcznie robi się to bardzo łatwo. Owszem, braki w skryptach nadrabiane są liczebnością, ale chyba nie o to chodzi, prawda?

Nie ma lekko

Jak już powiedzieliśmy, gra jest rozbudowana i złożona, a czasem mamy nieco zbyt wiele jednostek pod rozkazami, by o każdą zadbać. Jest na to metoda: można misje z kampanii odpalić w formie kooperatywnej rozgrywki sieciowej dla kilku osób. To jeden z ukrytych pazurów Men of War - zwłaszcza, że taka posiadówa poprzez sieć LAN może być ciekawą formą spędzenia weekendu dla osób interesujących się drugą wojną światową. Oczywiście to tylko jeden z typów zabawy w trybie multiplayer (notabene do klasycznych zmagań oddano też armię japońską), więc wystarczy, że nową produkcją Best Way zainteresuje się więcej osób, a żywotność Men of War wybitnie wzrośnie.

Naprawdę, ta gra ma wielki potencjał i zapewnia zabawę taktyczną na niespotykanym poziomie. Jednak od tak złożonych produktów intuicyjnie oczekuje się dobrego wykonania. Z tym jak widać bywa różnie. A przecież od momentu rosyjskiej premiery pierwowzoru naszego Men of War minęło nieco czasu. Szkoda, że dalej czuć pewien niedosyt. Jest to zresztą paskudny rodzaj niedosytu, bo odczuwa się go bardzo długo... a to z prostego powodu, że jak już się zacznie grać, to się siedzi przy komputerze godzinami. Bo niezależnie od fatalnych lektorów, słabych filmików i ograniczonej umysłowo SI, Men of War wciąga i potem trzyma jak zima w okolicach Stalingradu. Ponarzekać można, ale grając - szkoda odpuścić sobie tak interesującą pozycję.

Dowiedz się więcej na temat: mena | misje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje