Reklama

Left 4 Dead 2

Z dostępnego w menu poziomu z komentarzami twórców można się dowiedzieć, że przygotowali oni dobrych kilkadziesiąt projektów nowych "special infected". Wybrana spośród nich trójka bardzo dobrze wpisuje się w klimat gry i uzupełnia pozostałe typy, prezentując przede wszystkim umiejętności pozwalające na rozdzielanie zwartych, bo nauczonych w "jedynce", jak grać, grup ocalonych. I daje spore pole do popisu zwłaszcza drużynom, które upodobały sobie tryby rywalizacji Left 4 Dead 2.

Reklama

Bo i tu jest wreszcie możliwość wyboru. "Stary" tryb Kontra nadal stawia przeciwko sobie dwie czteroosobowe drużyny, które na zmianę próbują przeszkodzić drugim w dostaniu się do kolejnego schronienia. A że kampanie są długie, półtorej godziny na jeden mecz może nie wystarczyć. Dlatego też serca graczy w "dwójce" słusznie zdobył całkowicie nowy tryb Poszukiwacz. Rozgrywka oparta jest na zadaniu, które czeka ocalonych w finale kampanii "Centrum zarazy", gdzie muszą oni zebrać rozrzucone po galerii handlowej kanistry z benzyną, by zatankować pojazd, którym mają zamiar uciec. Zasady są proste: należy wlać jak najwięcej paliwa do baku, zanim zainfekowani wszystkich powalą albo skończy się czas (raptem kilka minut). A potem wcielić się w jednego z "przeszkadzaczy" i nie dopuścić, by przeciwnicy donieśli więcej kanistrów od nas.

Zupełnie nowe dla Left 4 Dead poczucie dynamiki i ciągłej konieczności działania zamiast planowania ataku lub barykadowania się pod ścianą i odpierania kolejnych fal zombiaków sprawdza się tu doskonale. Zresztą czy ktoś jeszcze gra w również obecny w "dwójce", ale nudny w porównaniu z resztą tryb "Przetrwanie"? Nie sądzę.

Nowa czwórka < stara czwórka?

Wbrew obawom zatwardziałych fanów "jedynki" (słynnemu bojkotowi sequela poświęcę tylko jedno słowo: niepotrzebny) nowych bohaterów - szkolnego trenera Coacha, oszusta i hazardzistę Nicka, chłopaka ze wsi Ellisa i producentkę Rochelle - da się polubić. Od "lubienia" do przyjaźni i przywiązania, jakimi weterani L4D darzą czwórkę wymienioną w pierwszym akapicie tego tekstu, dzieli dobrych kilka miesięcy znajomości, niemniej jestem przekonany, że przynajmniej trzy nowe postacie zdobędą rzesze fanów. A biedną, jakąś taką pozbawioną charakteru Rochelle będę grał ja. Co nie znaczy, że jej od tego owego charakteru przybędzie...

Bardziej zaangażowani w zgłębianie świata Left 4 Dead 2 zauważą, jak z kampanii na kampanię dialogi bohaterów zmieniają się. Jak bliżej poznają gatunki zainfekowanych oraz siebie nawzajem. Fani staromodnego hobby zwanego czytaniem dokładnie zaś przestudiują wnętrza schronień, gdzie na ścianach można wyczytać wypisane markerami ostrzeżenia, dialogi i zabawne anegdoty. Takich rozładowujących napięcie smaczków jest w grze trochę, a niektóre, na przykład przeniesienie ogrodowego krasnala Czompskiego przez całą kampanię "Karnawał śmierci", pozwalają zarobić steamowe (lub Live'owe, jeśli ktoś ciśnie na Xboksie) achievementy.

Parowóz

A skoro już o tym... Jak wszystkie gry "Zaworów", Left 4 Dead 2 zintegrowane jest ze Steamem. Wynika z tego kilka rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze: bez dostępu do internetu w niego nie pograsz. Inną sprawą jest to, że pomimo iż gra posiada tryb dla jednego gracza, z uwagi na absolutną głupotę botów odnośnie zadań wymagających skoordynowanych działań kilku postaci (np. wspomniane tankowanie samochodu w finale pierwszej kampanii) zabawa w pojedynkę jest najczęściej po prostu frustrująca. A to, co boty wyrabiają pod koniec finału "Karnawału śmierci" na scenie koncertu rockowego (świetna lokacja, przy okazji), przechodzi ludzkie i nieludzkie pojęcie. Przez nie właśnie oraz kilka nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, pisząc to, wciąż nie mam jeszcze ukończonej tej jedynej kampanii. Może jutro się uda.

Drugim następstwem "usteamowienia" gry jest banalnie proste tworzenie rozgrywek dla przyjaciół lub dołączanie do nich w trakcie zabawy. Nie trzeba być nawet w grze, by móc odpowiedzieć na zaproszenie znajomego - Steam sam uruchomi aplikację i połączy się z serwerem. Tak, to standard, ale przecież wciąż nie wszędzie. Porównanie pod względem przyjazności dla użytkownika Lefta z również nastawionym na czteroosobową kooperację Borderlands wypada zdecydowanie na korzyść tego pierwszego.

A zresztą nawet w obliczu deficytu "friendsów" zawsze w mig można znaleźć chętnych do zabawy. Stosując własne filtry oraz wewnętrzny, da się dokładnie określić, jaki typ rozgrywki nas interesuje, a wbudowany system matchmakingowy postara się dobrać ekipę o podobnym pingu oraz umiejętnościach (tu swoje robią skrupulatnie gromadzone statystyki każdego gracza). W niedzielny wieczór L4D2 zresztą dumnie oznajmił mi, że w danym momencie grało w niego 33 tysiące osób na całym świecie. To naprawdę wystarczy.

Trzecim ważnym plusem Steama jest wreszcie automatyczna aktualizacja gry, gdy tylko pojawi się patch. A tymi Valve zwykło szastać na lewo i prawo, nierzadko rozpieszczając graczy nowymi darmowymi dodatkami.

Co z tym Source'em?

Silnik z Half-Life 2 wciąż żyje i ma się dobrze. A co najważniejsze, nadal jest poprawiany przez twórców. W przypadku Left 4 Dead 2 najbardziej rzucającą się w oczy (dosłownie!) zmianą w porównaniu do pierwszej części jest dopracowany model zniszczeń zainfekowanych. Ręka, noga, mózg na ścianie - wszystko, co odstrzelone, odcięte lub oderwane fruwa sobie teraz swobodnie, nierzadko zostawiając za sobą gustowny strumyk posoki. Najbardziej spektakularnie wygląda oczywiście efekt wybuchu bomby, nad którą zgromadziła się grupka zombich. Drastyczne, ale jakże, jakże efektowne.

Z drugiej strony mam wrażenie, że w przypadku staruszka Source'a im ciemniej na mapie, tym lepiej. W mrocznych lokacjach cienie rzucane przez światła latarek i dobrze dobrana kolorystyka potrafią wytworzyć przekonujący klimat zagrożenia. W świetle dnia - ładnym, kolorowym itepe - wychodzą jednak na wierzch wszystkie niedociągnięcia i graficzne archaizmy, których... czepiać się będą przede wszystkim puryści i osoby wizualnie nadwrażliwe. Najważniejsze bowiem, że silnik spełnia swoje zadanie, a tym jest przede wszystkim bezproblemowe napędzanie gry o znakomitej grywalności. A przy okazji ma wymagania, które spełnia nawet kilkuletni pecet.

Słuchaj, dzieweczko

Jeżeli chodzi o audio, jest - podobnie jak w przypadku grafiki - przede wszystkim funkcjonalnie. Zarażeni zawodzą w oddali po swojemu, pozwalając graczom przygotować się na atak. Alarmy wyją nieprzyjemnie, piła wgryza się w ciała z mlaskiem przy wtórze żyłowanego silnika, a w tle pogrywają muzyczne motywy z "jedynki" przerobione na modłę melodii rodem z amerykańskiego południa. Swoje robią też odzywki samych postaci. Niewymuszone, czasem zabawne. Naturalne. Ogółem: dobra robota, Valve (czy ja się przypadkiem nie powtarzam?).

Na sam koniec, w zasadzie z braku laku, pozostaje mi do skąpych minusów gry dorzucić jej cenę, choć już teraz - przeczuwając kolejnych sto godzin spędzonych przy tym tytule, robię to z pewnym ociąganiem. Bo choć droższa niż inne produkcje na naszym rynku, Left 4 Dead 2 wydaje się jak najbardziej warta tego, co woła za nią dystrybutor. Tej zimy podskoczyć jej może jedynie Modern Warfare 2.

Dowiedz się więcej na temat: Valve

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama