Reklama

Quizeirro Sprawdź swoją wiedzę i zmierz się z innymi. Google Play

Jaśnie Pan Redaktor

Minęła północ. Fulko właśnie skończył zabawę w ulubioną grę, tę, którą "zapomniał" oddać do redakcji dobre pół roku temu. Paluchy bolą go jak cholera, ale nasz bohater nie ma jeszcze fajrantu.

Przed nim leży na biurku kilka nowości do opisania, niedostępnych jeszcze przez kilka tygodni dla zwykłego śmiertelnika. Czas zabrać się do pracy, bossowie liczą na niego. Dlatego szybki sus do kuchni po dwa browce z lodówki plus abordaż na orzeszki z szafki i już można zabrać się za robotę. Fulko z zadowoleniem wrzuca płytkę do czytnika, z radością zerka na "hita", jaki będzie zaraz katował, w myślach księguje już kasę z honorarium i pomrukuje sobie pod nosem: jestem wybrany, jestem królem, mam moc, mam moc...

Reklama

Niejeden z zatwardziałych graczy marzy o pracy w jakimś znaczącym (czytaj: komercyjnym) medium o grach. No dobra, Fulko nie będzie ściemniał: marzą wszyscy! No bo jak nie chcieć robić u kogoś, kto daje gry, każe w nie grać i jeszcze za to płaci?! Wszystko ok, tylko jak się dostać do takiej redakcji? Każdy, kto próbował wie, że sprawa nie jest łatwa. Komercyjnych, branżowych serwisów i gazet jest w Polsce bardzo mało, a chętnych do wstąpienia w ich szeregi wielu. Dlatego diamenty pisarskie pokroju czytających ten artykuł lub samego Fulko muszą najczęściej przejść drogę przez mękę, by osiągnąć zaszczytny cel. Ale cóż, taka jest "kopciuszkowa" kolej rzeczy - od nowicjusza, greenhorna i żółtodzióba po Rockefellera.

 

Spośród wielu cech odróżniających serwisy komercyjne od niekomercyjnych jest fakt, że te pierwsze mają siedzibę, a te drugie zazwyczaj nie. Na zdjęciu: krakowski biurowiec z redakcją pewnego znanego serwisu o grach.

 

Czy warto więc w ogóle próbować powalczyć o autorski chleb? Jasne! Co więc, Fulko ma dzisiaj dobry dzień i doradzi wam, jak to zrobić. Jeden tylko moment, przepłuczmy gardło... gulp, gulp, gulp! Eeeech... No dobra, o czym to było... acha. A zatem, wedle filozofii Fulko są trzy drogi wkręcenia się w redaktorskie gremium: po znajomości, przez szczęśliwy przypadek oraz poprzez ciężką pracę. Ta ostatnia ze ścieżek jest najdłuższa i najtrudniejsza, bo wymaga talentu, doświadczenia i w dzisiejszych czasach dużej aktywności w sieci, ale to ona najczęściej przynosi pożądany skutek. Fulko nie ukrywa, że próbował wszystkich trzech dróg, to kurka wie, co mówi.

Prześledźmy pokrótce każdą z wyżej wymienionych dróg. Co do koneksji rodzinno-przyjacielskich, sprawa jest prosta. Jeśli macie brata, ojca lub kumpla z klasy w growej redakcji, to szepnijcie mu słówko, przywołajcie na lico promienny uśmiech, wyskoczcie wspólnie na piwo z orzeszkami itd. Jeśli jesteście choć w połowie tak czarujący, jak Fulko, dacie radę. Wprawdzie taka droga na skróty jest moralnie naganna i w ogóle "be", ale machnijcie na to ręką - ważne, że załatwicie sobie przynajmniej pisarski okres próbny.

Jeśli brak wam odpowiednich znajomości, zawsze możecie próbować je sobie porobić. Fulko kiedyś próbował. Swego czasu zdybał Smugglera (tak, dobrze kombinujecie: tego gościa z gazety, którego nikt nie lubi) na jakimś forum i koniecznie chciał się z nim zaprzyjaźnić. Gadka-szmatka kleiła się jak diabli, zeszli już nawet na temat dobrych alkoholi i... tu Fulko popełnił drobny błąd. Nasz protagonista pozwolił sobie na kilka niepochlebnych epitetów pod adresem szkockiej Whisky (kulturalny "lajcik" typu "... spalona guma, syf, zajzajer, raz ciągnięty bimber..." itp.), czym ugodził do żywego swego rozmówcę i jak się okazało, zamknął sobie drogę do CD-Action na zawsze. Szkoda. Posłuchajcie lepiej wujka Fulko: nigdy nie gadać o alkoholu bez alkoholu!

Druga szansa na zostanie growym pismakiem ma miejsce niezwykle rzadko i przydarza się ludziom urodzonych wyłącznie pod szczęśliwą gwiazdą. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że jedni - pechowcy - wymyślają tysiące sposobów na wzbudzenie swoją osobą zainteresowania, podczas gdy drugim - szczęściarzom - wystarczy zwykły fart i... szlus, znajdują robotę w branży! Takim fartem, okazją może być np. sytuacja, kiedy znana redakcja ogłasza nabór nowych współpracowników w związku z rozbudową swoich działów. Tak właśnie stało się kilka lat wstecz, gdy GOL tworząc sekcję konsol poszukiwał w necie przez jakiś czas nowych autorów - graczy stricte konsolowych. Kto był dobry i czuwał w sieci - ten się załapał. Szczęście było oczywiście obopólne, udało się bowiem wtedy redakcji z Krakowa pozyskać kilka nieprzeciętnych, fachowych, wartościowych talentów (tu Fulko uśmiechnął się do swego odbicia w lustrze). Ale taki sposób naboru to rzeczywiście rzadkość.

Trzecią, najpewniejszą okazją do zyskania uznania, a nawet etatu w komercyjnym medium jest, jak już nasz mentor wspomniał, ciężka i sumienna praca. Fulko wie, że większość z was tego nie lubi, on też. Ale wyjścia nie ma. Zanim zaczniecie jakąkolwiek aktywność pisarską, koniecznie wymyślcie sobie jakiś chwytliwy nick, najlepiej unikalny w skali globu. Potem przyklejcie się do czegokolwiek, co ma publikę, i piszcie, piszcie, piszcie... i nie bójcie się obciachu (taki Fulko debiutował w Świecie Młodych 20 lat temu i wcale się tego nie wstydzi). Jakieś 7-8 lat temu dobrym miejscem zaczepienia były fanowskie ziny (często umieszczane na cedekach w wysokonakładowych pismach), ale odkąd sieć stała się dostępna dla ogółu, straciły na wadze i zniknęły z eteru.

Fajnymi miejscami na zdobycie szlifów są dobre, amatorskie serwisy o grach. Dość łatwo można wyłowić je z sieci, bowiem zawsze mają wolne etaty, nigdy nie płacą, a jako wynagrodzenie proponują "satysfakcję, pracę w ciekawym zespole, redakcyjne skrzynki e-mailowe itd." Niektóre site'y oferują gry do recenzowania i czasem są to nawet oryginały. Za to na forum można sobie pogadać do woli z kumplami redaktorami (bo zazwyczaj nikt inny tam nie wchodzi), no i stopka redaktorska poraża podpisem w stylu "Fulko de Lorche, redaktor serwisu www.blablagames.pl, probably the best game-site in the world". Fulko oczywiście troszkę ironizuje, ale tylko odrobinkę, bo sam kiedyś aktywnie działał w takich serwisach.

Najwcześniej po roku wycierania boków to tu, to tam można próbować uderzać do któregoś z komercyjnych mediów. Trzeba koniecznie pochwalić się doświadczeniem redaktorskim (nieważne że amatorskim, ważne że bogatym), przesłać swoje najlepsze teksty i... czekać cierpliwie. Najczęściej zgredziole w ogóle nie odpowiadają, czasem grzecznie odmówią, od święta zostawią nadzieję. Jeśli akcja się nie powiedzie, odczekajcie miesiąc, znowu wyślijcie aplikację i znowu czekajcie. Jeśli się nie powiedzie, odczekajcie miesiąc, zredagujcie na nowo CV i do boju. I tak do skutku lub zgonu.

I tak dochodzimy do końca tego krótkiego poradnika adepta redaktorskiego fachu. Fulko ma nadzieję, że był w czymkolwiek pomocny, a jeśli nie, wińcie raczej te obleśne orzeszki, które nasz omnibus podjada (nie dali soli!), a nie jego samego. Zresztą, teraz Fulko zbyt za wami nie tęskni, bowiem wasze ewentualne powitanie w jego redakcji wiązałoby się prawdopodobnie z pożegnaniem przez ową redakcję Fulko (ciągle mu wypominają jakieś niedotrzymane terminy), a tego by sobie sam zainteresowany nie życzył. No chyba, że uderzycie do konkurencji. W takim przypadku przyjmijcie życzenia połamania pióra, kupy dobrych gier i wysokich honorariów za teksty. A jeśli się wam to wszystko spełni, będziecie jeździli taką furą, jak Fulko.

Marek "Fulko de Lorche" Czajor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje