Reklama

Avatar

Druga idea jest może jeszcze istotniejsza. Cameronowi chodziło bowiem o to, by gra była możliwie JAK NAJLEPSZA. Żadne tam odcinanie kuponów od popularności filmu, żerowanie na niskich pobudkach i wynikach badań, które wskazują, że kinomaniacy i tak sięgną po grę, choćby była słaba. Co to, to nie! James Cameron postawił sprawę jasno: dam prawa do stworzenia gry tylko temu zespołowi, który zaprezentuje mi doskonały pomysł na zabawę osadzoną w rzeczywistości Avatara, ale nie czerpiącą z filmowego scenariusza ani przecinka. Ostatecznie wybór padł na Ubisoft Montreal, a co ciekawe, pierwotnie Kanadyjczycy przygotowali zamknięty i grywalny projekt w konwencji FPP. Ta koncepcja jednak nie zyskała uznania w oczach reżysera, więc zachowując większość z treści gry, postanowiono całkowicie przemodelować ukończoną już niemal rozgrywkę. Nawiasem pisząc, ciekawie by było - już po premierze Avatar: The Game, dowiedzieć się i osobiście przekonać, jak wyglądał pierwszy projekt...

Reklama

Puszka Pandory

No dobrze - powiecie - ale o czym będzie ten cały Avatar: The Game? Spieszymy wyjaśnić, że ma to być rasowej klasy shooter TPP, osadzony w realiach SF. Akcja gry będzie niezależna od tej filmowej i będzie się toczyła dwa lata wcześniej, na wspomnianej już kilkakrotnie Pandorze. To księżyc ogromnej gazowej planety Polythemis, położonej w jeszcze większym, fikcyjnym, gwiezdnym uniwersum. Tak się akurat składa, że ludzie, dysponując piekielnie nowoczesną technologią badawczą, odkryli na Pandorze złoża niezwykle cennego surowca zwanego unobtanium, który stanowi niemal niewyczerpane źródło energii. Od znalezienia do podjęcia ostatecznej decyzji o wydobyciu droga była już krótka. Niemal natychmiast wysłano w stronę Pandory statki kosmiczne oraz inżynierów, mających założyć tam bazę i centrum wydobywcze. Ludzie, skupieni w korporacji RDA, nie wiedzieli jednak, że Pandora nie jest księżycem niezamieszkałym. Wkrótce po przybyciu okazało się, że od wieków należy do istot zwanych Na'vi, które wcale nie są zachwycone odwiedzinami nieproszonych gości. A ponieważ każdy z przedstawicieli Na'vi liczy sobie trzy metry wzrostu, to sami rozumiecie... Jako że z jednej strony mamy ludzi, jak zwykle rządnych władzy i pieniędzy, a z drugiej istoty bardziej rozwinięte, które bronią swego macierzystego terytorium, nie odbyło się bez konfliktu.

Avatar: The Game umożliwi nam opowiedzenie się po jednej z jego stron, bo grać będzie można zarówno RDA, jak i Na'vi. Scenariusz został tak skonstruowany, że w kluczowym momencie będziemy musieli dokonać ostatecznego wyboru, po której ze stron starcia się opowiedzieć. Niejako niezależnie od głównego wątku rozgrywać się ma drugi. Zarówno ludzie, jak i Na'vi poszukują bowiem tajemniczego miejsca Eywa, które spaja dusze (co to dokładnie oznacza, autorzy nie chcą na razie zdradzić, by nie psuć efektu końcowego). Twórcy obiecują jednak dwa niezależne zakończenia oraz taką prezentację kolejnych wątków fabularnych, która odbywać się będzie w czasie starć i akcji. Mniej ma być pod tym względem tzw. "gadających głów" pomiędzy misjami, choć zapewne i takie się pojawią. Dla wielbicieli filmowego rzemiosła istotny może być natomiast fakt, że choć James Cameron pozostawił scenarzystom z Ubisoftu daleko posuniętą swobodę, to ostatecznie zaakceptował finalną wersję skryptu.

Dowiedz się więcej na temat: studio | rośliny | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje