Bolesne zderzenie z rzeczywistością
Niedawno wierzyliśmy, że marka Silent Hill wróciła na właściwe tory po latach niebytu. Krakowskie Bloober Team stworzyło udany remake drugiej części gry i rozbudziło apetyty fanów. Konami chyba wreszcie wie, co robi. Christophe Gans wyreżyserował nieźle przyjętą ekranizację z 2006 roku, więc jego powrót przy Return to Silent Hill wydawał się bezpiecznym krokiem. Mieliśmy dostać wierną adaptację historii Jamesa Sunderlanda. Reżyser rzekomo rozumie to uniwersum jak mało kto.
Pierwsze recenzje trafiły do sieci i malują obraz nędzy i rozpaczy. Nawet pesymiści nie spodziewali się takiej klęski. Krytycy zobaczyli film przed premierą i nie zostawili na nim suchej nitki. Obecny wynik na portalu Rotten Tomatoes to szokujące sześć procent. Nie, nie zgubiliśmy zera.
Sytuacja wygląda równie ponuro na innych agregatorach ocen. Szukamy tam promyka nadziei na próżno. Serwis Metacritic zazwyczaj łagodniej wylicza średnią, ale pokazuje notę 30 punktów na 100. W branży filmowej oznacza to produkcję nieoglądalną. Obejrzą ją tylko masochiści albo twórcy prześmiewczych analiz na YouTube.
Matematyka klęski i smutne rekordy
Statystyki są bezlitosne. Return to Silent Hill wypada fatalnie na tle całej marki, która nigdy nie miała szczęścia do ekranizacji. Pierwszy film z 2006 roku miał 33 procent pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i do dziś ma oddanych obrońców. Prawdziwym dnem miało być Silent Hill: Revelation z 2012 roku. Tamta produkcja służyła za przykład złego filmu o grach i osiągnęła wynik osiem procent.
Nowa odsłona dokonała niemożliwego. Przebiła dno ustanowione przez Revelation i spadła o dwa punkty procentowe niżej. Ten wyczyn ludzie zapamiętają na długo, choć producenci woleliby o nim zapomnieć. To najgorzej oceniany film w dziejach marki. Biorąc pod uwagę datę premiery, to również pierwszy kandydat do tytułu najgorszego filmu 2026 roku.
Skalę porażki dobrze pokazuje inny horror na podstawie gry - Five Nights at Freddy's 2. Ten film ma jednak wynik na poziomie 16 procent. Opowieść o mechanicznych miśkach oceniono ponad dwukrotnie lepiej niż powrót do mglistego miasteczka. Jak widać, nazwisko Gansa na stołku reżyserskim nie gwarantuje jakości.
Horror zapomniał straszyć
Recenzenci w niemal wszystkich tekstach zarzucają twórcom brak zrozumienia istoty Silent Hill. Krytycy zgodnie punktują, że film po prostu nie straszy. W horrorze psychologicznym to grzech niewybaczalny. Zamiast gęstej atmosfery dostajemy nieudolne próby przestraszenia widza. Wywołują one co najwyżej ziewanie lub uśmiech politowania.
Krytycy nie oszczędzili też obsady, w tym Jeremy'ego Irvine'a w roli Jamesa Sunderlanda. Recenzenci wytykają drewniane aktorstwo i brak chemii między postaciami. Dramatyczna historia poszukiwania zmarłej żony traci przez to ciężka, emocjonalna opowieść. Opowieść z gry doprowadzała graczy do łez, a na dużym ekranie stała się tanim straszakiem klasy B.
Czy wiesz, że...
Christophe Gans walczył o możliwość nakręcenia nowej części Silent Hill przez wiele lat. Twierdził, że tylko on potrafi oddać ducha oryginału. Jego poprzedni film z tego uniwersum z 2006 roku zarobił na świecie ponad 100 milionów dolarów.











