SteelSeries Flux In-Ear - jak sprawują się te "pchełki"?

Duński producent cieszy się dużym uznaniem wśród graczy ceniących dobrą jakość dźwięku, a nauszne Siberie są często stawiane za wzór słuchawek nadających się nie tylko do komunikacji podczas rajdów i fragowania, ale także do odbioru muzyki.

Teraz na rynku pojawiły się nowe dokanałówki: Flux In-Ear. Już na pierwszy rzut oka wyróżniają się płaskim, "nieplączącym się" kablem i gustownym designem. W pudełku znajdują się też dwie dodatkowe pary silikonowych gumek oraz etui z czarnego materiału
przypominającego zamsz.

Brakuje jedynie przejściówki pozwalającej podłączyć urządzenie do peceta tak, by dało się korzystać z mikrofonu - bez niej działa on jedynie ze smartfonami.

Od słuchawek kosztujących niemal dwieście złotych można już sporo oczekiwać i po włączeniu muzyki dobre wrażenie rzeczywiście nie znika. To model z dużą sceną i zrównoważonym pasmem. Brakuje wprawdzie efektu WOW! związanego zmocnym basem, ale sprzęt zyskuje z każdą minutą odsłuchu.

Złego słowa nie da się powiedzieć o mikrofonie wyposażonym w przycisk odbierania rozmów. Irytuje jednak fakt, że słyszalne jest każde szturchnięcie kabla, przez co Fluksy słabo sprawdzają się w ruchu, co razem z brakiem przejściówki do peceta obniżyło nieco
ocenę końcową.

Dowiedz się więcej na temat: SteelSeries
Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje