Betrayer - recenzja

Betrayer to niezależne dzieło, które wyróżnia się na tle konkurencji... Chwila, chwila. Czy ta gra ma w ogóle konkurencję?

Nie chodzi bynajmniej o to, że jest bezkonkurencyjnie dobra, ale o to, że pod względem gatunkowym to miszmasz, który trudno do czegokolwiek porównać. Autorzy - niewielkie, niezależne studio Blackpowder Games - postanowili pobawić się konwencją i wymieszali w Betrayer trochę przygodówki, trochę gry akcji, trochę skradanki, trochę horroru, a to wszystko oprawili oryginalną, czarno-biało-czerwoną grafiką. Efekt - ich produkcja wygląda niepowtarzalnie i serwuje niepowtarzalną rozgrywkę. Jednak, jak doskonale wszyscy wiemy, oryginalność nie zawsze idzie w parze z jakością. Jak jest tym razem?

Betrayer rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych z początku XVII wieku. Celem gracza jest zgłębienie tajemnicy zaginionej ekspedycji. Przygodę rozpoczynamy na plaży, gdzie zbieramy skarby z rozrzuconych skrzyń, aby chwilę później zacząć eksplorację lądu. Wszystko rozgrywa się bez jakiegokolwiek wstępu, a samouczek rozwiązano nienachalnie, za pomocą rozrzuconych tu i ówdzie listów.

Sterowanie jest proste, ale rozgrywka szybko zaczyna od nas wymagać dużej sprawności (podczas walk), jak również pomyślunku i umiejętności łączenia faktów (przy rozwiązywaniu zagadek). Podczas pojedynków z przeciwnikami musimy w równym stopniu skupiać się na ataku i na obronie. Jeżeli oberwiemy trzy-cztery razy, to jest po nas i musimy się cofać. W grze musimy także opanować technikę skradania. Gdy dookoła nas panuje cisza, lepiej kroczyć w pozycji kucznej, ale gdy zawieje silniejszy wiatr, możemy pozwolić sobie na bieg.

Pomiędzy lokacjami w Betrayer poruszamy się po ścieżkach, których jednak nie musimy bardzo kurczowo się trzymać. Środowisko gry jest otwarte - zamiast kroczyć główną drogą, możemy oddać skok w bok i pohasać po łące czy pójść głębiej w las. Warto to robić chociażby ze względu na różnego rodzaju przedmioty, które możemy znaleźć na uboczu. W ogóle chodzenia jest w Betrayer dużo, bo autorzy nie mówią nam wprost, gdzie mamy iść i co zrobić. Nie zaproponowali też żadnego systemu podpowiedzi, w związku z czym zagadki musimy rozwiązywać w pełni samodzielnie.

A nie wszystko, co nam do tego potrzebne, znajdujemy od razu, więc przygotujcie się na chodzenie po kilka razy tymi samymi ścieżkami i wracanie w te same miejsca. Jedni powiedzą: "ależ beznadziejnie sztuczne wydłużanie rozgrywki". A drudzy: "tak się kiedyś przecież grało i nikt nie narzekał!". Sami zdecydujcie, czy wam taka forma rozgrywki przeszkadza.

Blackpowder Games udało się opracować w Betrayer niepowtarzalny klimat. Duży udział w tym mieli dźwiękowcy. Nie przypominamy sobie drugiej takiej gry, w której z taką przyjemnością słuchalibyśmy śpiewu ptaków, szumu drzew czy szelestu trawy. Niemały wpływ na klimat ma także grafika, którą wykonano, wykorzystując tylko biel, czerń i czerwień.

Ta kontrastowość nadaje grze pewnej psychodelii. Pozostałe kolory można włączyć w menu, ale psuje to cały efekt. Szkoda, że autorzy nie mogli sobie pozwolić na wykorzystanie w Betrayer lepszej technologii, bo gdy otrząśniemy się już po przyjemnym zaskoczeniu oryginalnością, zaczynamy dostrzegać przeciętność technicznych rozwiązań. Jedyne, co możemy pochwalić w tej materii, to prześlicznie animowana trawa oraz liście.

Na tym minusy Betrayer się nie kończą. Za największy uznajemy zbyt spokojną rozgrywkę, która z czasem wręcz zaczyna usypiać. A niedługo później... kończy się. W kategorii długości zabawy dzieło Blackpowder Games nie należy niestety do czołówki.

Poza tym wszystkim należy uprzedzić, że jest to gra wymagająca, raczej nie dla początkujących graczy. To akurat niekoniecznie wada, ale warto mieć ten fakt na uwadze, wydając na Steamie 18 euro. Jeśli nie przeszkadza wam wysoki poziom trudności ani monotonna rozgrywka, a szukacie czegoś oryginalnego, być może jest to właśnie propozycja skierowana do was.

Dowiedz się więcej na temat: Betrayer
Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje