Art of Gravity – recenzja

Znany z wydanego w kwietniu ubiegłego roku Zenge niezależny projektant Michał Pawłowski wrócił z kolejną produkcją - Art of Gravity. Tak jak w przypadku wcześniejszego dzieła developera, mamy do czynienia z przyjemną i relaksującą grą.

Na początku można poczuć się nieco zaskoczonym. Szybko okazuje się, że tytuł nie posiada żadnych samouczków, co było świadomą decyzją twórcy - autor chciał, aby gracze sami rozgryźli mechanikę rozgrywki.

Reklama

Podstawowe założenia są jednak banalnie proste: naszym zadaniem jest niszczenie widocznych na planszy obiektów. Do dyspozycji mamy kulę, którą wystrzeliwujemy z różnych kierunków (grałem na smartfonie, gdzie wystarczy przeciągnąć palec w odpowiednią stronę na ekranie dotykowym).

Poszczególne poziomy osadzone są w ogromnej, zamkniętej przestrzeni i wszystkie obecne na mapie elementy zachowują się - jak zresztą sugeruje tytuł - zgodnie z prawami fizyki. Wypuszczony pocisk odbija się od napotkanych przeszkód czy ścian lokacji. Podczas zabawy kilka razy zdarzyło mi się, że po "wypchnięciu" wrócił, obracając w proch dodatkowe cele.
Oczywiście na początku musimy zniszczyć tylko jeden obiekt, ale wraz z kolejnymi etapami sytuacja nieco się komplikuje. Pojawia się między innymi większa liczba konstrukcji, które wykonane są też z różnego rodzaju materiału - część kula przebija na wylot, ale na niektórych się zatrzymuje.

Poza tym są również jeszcze inne przeszkody i urozmaicenia, jak na przykład bariera energetyczna. W takich przypadkach możemy sterować polem, ustawiając je w takim położeniu, by nie stała na drodze wypuszczanego pocisku.

Stopień trudności kolejnych wyzwań więc wzrasta, ale w ogólnym rozrachunku przygotowane zagadki nie nastręczają zbyt wiele problemów. Owszem, niejednokrotnie potrafią przetestować nasze szare komórki, lecz nie na tyle, by można było "zaciąć się" na dłużej.

Stworzenie wymagającej gry nie było jednak pomysłem Polaka. Podobnie jak w Zenge, Pawłowskiemu zależało na opracowaniu produkcji, która pozwalałaby graczowi się zrelaksować. To był właśnie priorytet developera.

Co niemniej ważne, cel ten udało się zrealizować. Przy tytule można rzeczywiście odpocząć, w czym na pewno pomaga brak jakichkolwiek kar czy ograniczeń - w momencie porażki, możemy cofnąć swój ruch. Nieskończoną liczbę razy.

Do tego dochodzi miła dla oka oprawa graficzna. Projektując warstwę wizualną, developer postanowił postawić nie na tradycyjne piksele, a voxele. W trakcie rozgrywki obserwujemy więc zróżnicowane, abstrakcyjne oraz kolorowe figury.

Pewien niedosyt wzbudza stosunkowo niewielka liczba poziomów. Pawłowski oddał do naszej dyspozycji 75 etapów. Nie jest to oczywiście mało, ale przejście wszystkich w szybkim tempie może zająć około godzinę. Można mieć jedynie nadzieję, że Polak na tym nie poprzestanie i w przyszłości wyda aktualizacje z dodatkowymi planszami.

Inna sprawa, że niektórzy podczas zabawy mogą poczuć znużenie. Mnie produkcja jednak nie nudziła, tym bardziej, że na następnych mapach gra przedstawia kolejne mechanizmy, rozbudowujące podstawowe założenia rozgrywki. W zasadzie więc ciągle zaskakiwani jesteśmy czymś nowym.

Jeśli ktoś lubi nietypowe tytuły logiczne, bez wątpienia powinien dać Art of Gravity szansę. Zwłaszcza, że nie należy do pozycji drogich - dostępna jest na PC i urządzeniach z iOS, gdzie kosztuje odpowiednio 0,99 euro i 4,99 zł.

Innymi słowy - Pawłowski stworzył produkcję, która rzeczywiście relaksuje, przy okazji pozwalając szarym komórkom gracza nieco się rozruszać. Poza tym wygląda naprawdę ładnie i kosztuje niewiele. Chyba nie można chcieć niczego więcej.

Dowiedz się więcej na temat: Art of Gravity

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje