Nowe konsole do gier to kaganiec na graczy?

Naturalnym prawem branży są liczne plotki dotyczące konsol, które jeszcze nie wyszły i nie były oficjalnie pokazywane, ale wiadomo, że nowa generacja nadchodzi szybkim krokiem.

Problem w tym, że choć zazwyczaj plotkom towarzyszy hype i bajania nad cudownymi możliwościami, tak tym razem można zacząć się bać.

Reklama

Kiedyś dzieliłem się z wami moimi nadziejami odnośnie gier, które wyjdą pod koniec obecnej generacji konsol i pozytywną wizją tego, co stanie się w ciągu najbliższych lat. Serie powstałe podczas żywota PS3 i X360 zamykają się osiągając najlepszą formę (Gears of War) lub goniąc w piętkę i dając do zrozumienia, że koniec bywa słaby (Uncharted, Mass Effect). Od jakiegoś czasu żyję kolorowymi myślami, że sequelizacja wkrótce się zakończy, a nowe stacjonarne urządzenia Sony i Microsoftu obrodzą w wiele nowych pomysłów. Niestety, jako gracz - o dziwo - nie martwię się grami, ale platformami, na których przyjdzie mi grać.

Przed kilkoma miesiącami pojawiły się doniesienia, jakoby Xbox 720 (czy tam Y-box, Xbox 361 i 1, zwał jak zwał) miał korzystać z systemu antyużywkowego. Nic groźnego, ktoś coś powiedział, ktoś skomentował... Za to zadziwiająco konkretne plotki dotyczące podobnej idei w następcy PlayStation 3 mogą już wydawać się niepokojące. Fakt, że wydawcy czują świder w kości ogonowej tylko dlatego, że rynek wtórny nie jest w żaden sposób niezgodny z prawem, znamy nie od dziś. Ja to rozumiem, inflacja, kryzys i inne, trzeba gromadzić środki, bo wystarczy mocniejszy huragan lub zła decyzja biznesowa, żeby spora część kasy poszła na jagody. Tylko dlaczego - przypuszczając, że plotki są prawdziwe - stosuje się metody "user-unfriendly"?

Strasznie mnie bawi różnica pomiędzy PR a rzeczywistymi działaniami firm na rynku gier wideo. Targi, konferencje, prelekcje i inne cuda obfitują w łatwe w odbiorze hasła - jesteśmy innowacyjni, wytyczamy trendy, prowadzimy badania rynku, cała przyszłość nasza. Do tak zwanego przeciętnego widza to trafia, a bardziej rozumną mniejszością można przejmować się mniej. Nie rozumiem jednak, jak dobrze wykształceni ludzie z wieloletnim doświadczeniem nie potrafią uświadomić sobie, że próbują tworzyć nowy porządek świata na starych i omszałych fundamentach. Przy okazji gnębiąc co bardziej przedsiębiorczych graczy, którzy kupią nową produkcję w dniu premiery za pełną cenę, a każdą kolejną pozycję sfinansują wcześniej sprzedając poprzednią.

Tradycyjny model sprzedaży gier przypomina zabawę średniowiecznym gobelinem - niegdyś piękny i budzący dumę wyglądem i szlachetnym zapachem (ach, te toporne pudła i płyty śmierdzące farbą), potem zmieniony ku chwale miejsca na półkach (kochane DVD-boxy) i na swój sposób upiększany... tyle, że do owego gobelinu znawcy sztuki zaczęli doczepiać kiczowate frędzelki i cekiny, a potem całość rwać na strzępy, aż zostały kłaki. A wiecie, jaką wartość prezentuje funt kłaków, który w końcu zostanie nam przed oczami, jeśli dalej rynkowe tuzy będą "rozwijać" swoje dzieła na DVD i Blu-ray.

Chciałbym obudzić się pewnego dnia w pięknym świecie, w którym ktoś wymyśli porządny model sprzedaży. Skoro wmawia nam się, że nie kupujemy gry, ale nośnik i prawo do jej użytkowania, to chcę za nie płacić jak za wyjście do kina, a nie jak za zboże. Koszty marketingu, developmentu i tym podobne są za wysokie? Porządna gra zawsze się obroni. Epizody gier Telltale Games były krokiem w niezłym kierunku, choć niezupełnie. Mnie na formalnościach i wieczystym prawie do użytkowania nie zależy, bardzo chętnie zgodziłbym się na wypożyczanie mi gier cyfrowo na pewien czas. Wszystkich. Zobaczcie, jak opłaca się kupowanie pojedynczych utworów MP3 zamiast fizycznych albumów, szczególnie że często na krążku mamy dwie, trzy dobre nuty, a reszta to fillery. O wypożyczaniu filmów nawet nie wspomnę. To wcale nie jest nowy pomysł, po prostu zorientowano się, że wraz z rozwojem i dostępem do technologii musi zmienić się system dystrybucji.

Gry tymczasem zjadają własny ogon, bo wydawcy nie chcą zorientować się, że rynek wtórny i obchodzenie umów licencyjnych będzie trwać, dopóki coś się nie ruszy w kwestii nośników i ich otoczki. Nawet by nie plotkowano o bzdurnych systemach przeciw używkom, jeśli przemęczone przez długie lata płyty i cała DZICZ (Dodatki, Zabezpieczenia I Cyfrowa Zapaść) poszłyby do lamusa na rzecz czegoś bardziej przyszłościowego. Nie wspomnę już o tym, że z naszej perspektywy cyfrowa dystrybucja opłaca się dopiero podczas promocji.

Prezes Paradoxu mówił w styczniu, że następna generacja konsol będzie ostatnią. Jeśli ostatnie plotki potwierdzą się, to chyba lepiej, żeby tak się stało. Bo jeśli miałbym zobaczyć konsolę opartą na fizycznych nośnikach wypełnionych wybrakowanymi (i - co najważniejsze, bo epizody są w porządku - niespójnie i bezsensownie podzielonymi) grami, systemami dziwacznych zabezpieczeń antypirackich, przypisywaniem gry do konsoli, blokadami używek, koniecznością stałego podłączenia do sieci i brakiem wstecznej kompatybilności, to ja takiego sprzętu po prostu u siebie widzieć nie chcę.

"Używki" wpływają na wzrost cen nowych gier

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje