Brudna historia o grze Śródziemie: Cień Mordoru i YouTube

Wydawałoby się, że skoro żyjemy w dobie internetu, gdzie kontrowersyjna informacja wypływa na wierzch w mgnieniu oka, ludzie z głupimi pomysłami na nieczyste zagrywki raczej powstrzymują się od nich.

Przecież to niechybne tarapaty - zwłaszcza jeśli zagrywka taka zostanie udokumentowana. Zwłaszcza jeśli przez zagrywającego. O czym mowa? O umowie, jaką z youtuberami podpisywało Warner Bros.

Reklama

Mogliście już coś o tym słyszeć, ale jeżeli nie, to z przyjemnością odświeżę podstawowe informacje. Śródziemie: Cień Mordoru, jak zapewne wiecie, to gra osadzona w uniwersum Władcy Pierścieni/Hobbita. Ukazała się jakiś czas temu i zdobyła głównie pozytywne recenzje, co tym bardziej każe zastanawiać się nad sensem poprzedzających premierę, dziwnych działań WB Games. Okazało się bowiem, że youtube’owi krytycy, a także część krytyków piszących, nie otrzymali egzemplarzy gry do recenzji.

Po prostu ich nie dostali. Można było się o takową ubiegać nie dla typowej recenzji, a dla materiału promocyjnego. W tej części akurat nie ma niczego nowego - wydawcy płacący youtuberom za promowanie ich gier to rzecz zupełnie znana i powszechna. Jednak nigdy nie odbywało się to w takim stylu, jak w tym przypadku - filmy na YouTube, które nie były uzgadniane z Warner Bros., zdejmowano na mocy praw autorskich, a zostawały tylko te, które grę chwalą - według ściśle określonych wytycznych. Jakich?

Jim Sterling, krytyk i dziennikarz growy, dotarł do takiej umowy. Czytamy w niej między innymi, że "filmiki będą promowały pozytywną opinię o grze" i "nie będą pokazywały błędów". Mało tego - mają "przekonać oglądających, żeby kupili grę". Takich zapisków jest zresztą więcej, a najlepsze w tym jest to, że ostateczną decyzję o wrzuceniu filmiku na YouTube i tak miało Warner Bros. - "minimum 48 godzin przed wrzuceniem do internetu".

Efekt był oczywiście taki, że jedynymi materiałami dotyczącymi Śródziemia: Cienia Mordoru, jakie znaleźć można było na YouTube, były te pozytywne, namawiające do kupna gry i chwalące ją za wszystko, co się da. Oczywiście szybko podniosła się krytyka - swoje zdanie na ten temat wyraził między innymi wspomniany Jim Sterling, ale też youtuberzy TotalBiscuit, Boogie2988 i inni. Wracając więc do początku: wydawałoby się, że to oczywiste, że coś takiego wyjdzie na jaw i ostatecznie zrobi firmie zły PR. Dlaczego więc z tego nie zrezygnowano?

Odpowiedź leży chyba w wynikach sprzedażowych Śródziemia - dokładnych nie znamy, jednak w kilku ważnych miejscach gra zajęła wysokie miejsca i już jest hitem. Prawdopodobnie przyczyniła się do tego akcja na YouTube. Afera była natomiast dość cicha - niektórzy z was pewnie czytają o niej po raz pierwszy - a nawet jeśli wpłynęła negatywnie na wizerunek WB, to jest to tak ogromny koncern, że spłynie to po nim jak woda po kaczce. Co przenosi nas do puenty tego tekstu: wygląda na to, że wielkie firmy mogą sobie pozwolić na takie niejasne i nie do końca czyste kampanie reklamowe, a my, świadomi czy nie, będziemy padali ich ofiarami. Miejmy tylko nadzieję, że te praktyki nie staną się regułą...

Dowiedz się więcej na temat: Śródziemie: Cień Mordoru

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje