Joint Operations: Typhoon Rising

Producent: Novalogic Inc.

Reklama

Wydawca: Novalogic Inc.

Dystrybutor PL: Cenega Poland

Gatunek: akcja / taktyczna

Data wydania PL: 15 lipca 2004

Wymagania sprzętowe: Pentium 1.2 GHz, 256 MB RAM, karta graficzna 32 MB, CD-ROM 16x, 1.5 GB na HDD, Windows 98/ME/2000/XP, DirectX 9.0

Wymagania wiekowe: 18+

Cena detaliczna: 149,90 PLN

Ocena: 8.5/10



Gdy pierwszy raz czytałem informacje nt. zapowiadanej przez firmę NovaLogic gry pt. "Joint Operations", od razu przyszła mi na myśl produkcja o podobnym tytule, podobnego rodzaju, lecz innych twórców. "Global Operations", bo o niej mowa, do moich rąk trafiła ponad dwa lata temu i mimo tego iż wówczas wystawiłem jej niebagatelną ocenę 8/10, w dzisiejszym świetle gra ta prezentuje się po prostu marnie. Ktoś by powiedział: "Ale przecież "GO" wydało EA!". Co z tego, skoro realizmem i grywalnością powyższy tytuł nie grzeszy. Zostawmy jednak "starocie" w spokoju i skupmy się na nowościach, a konkretnie na "Joint Operations: Typhoon Rising", który na szczęście jakością po stokroć przewyższa swój tytułowy synonim.



Na polu bitwy

Zapewne większość graczy, która zaopatrzyła się w stałe łącza internetowe, ma już za sobą dziesiątki godzin sieciowej rywalizacji różnego rodzaju. Ogromną popularnością wśród wielbicieli e-sportów cieszą się shootery. Dziś zajmiemy się tymi traktującymi o doli współczesnego żołnierza. Właściwie takich gier zbyt wiele na rynku się nie pojawiło. Do liczących z pewnością zalicza się przede wszystkim "America's Army", duże nadzieje wiąże także z zapowiadanym "Battlefield 2". Mimo małej liczby konkurentów firma Novalogic musiała pokazać klasę, bo branżowi przeciwnicy "Joint Ops" do najsłabszych nie należą. Jak zatem prezentuje się "JO"?



Rozpocznijmy może od informacji wstępnych nt. najnowszego dzieła twórców "Delta Force". Po pierwsze "JO" jest produkcją przeznaczoną tylko i wyłącznie dla osób prowadzących sieciowy typ rozgrywki. W grze bowiem nie uświadczymy ciekawej zabawy będącej wynikiem samotnej walki z komputerowymi botami. Owszem, pojawił się tutaj trening, od podstaw uczący obsługi broni i poruszania się różnego typu pojazdami. Możemy również odbyć krótkie batalie na dwóch mapach i wszystko dzieje się w trybie offline, aczkolwiek kto kupi grę dla samego zapoznania się z jej obsługą? Serce zabawy stanowi tutaj walka na internetowych serwerach, której cechy postaram się jak najdokładniej przedstawić.



Jedną z największych zalet opisywanego produktu jest ilość graczy, jaką jest w stanie pomieścić jedna mapa. Oscyluje ona bowiem nawet w granicach 120-150 osób uczestniczących w tej samej bitwie! Wynik jest porażający, tym bardziej, że aby bawić się w taką potężną wojnę, wcale nie trzeba posiadać hiper-szybkiego połączenia z internetem. Polskie warunki z pewnością wystarczą niejednemu z nas (za wyjątkiem tzw. "modemowców"). Radziłbym tylko zadbać o dobrej jakości sprzęt, bo gra takowego wymaga, aczkolwiek wizualnie ma się czym poszczycić. Wielkość większości map, po których przyjdzie nam biegać i toczyć niezapomniane bitwy, dochodzi aż do 50 km2! Rewelacja, czyż nie?



O zwaśnionych rodach słów kilka



Każda gra wojenna winna być oparta o jakiś ciekawy konflikt. Chłopaki z NovaLogic nie zobrazowali nam żadnych rzeczywistych, aktualnych sytuacji na świecie, lecz postanowili, że stworzą całkiem nową wyimaginowaną wojnę. Otóż rzecz dzieje się na terenie Indonezji, gdzie spora część społeczeństwa sprzeciwiła się sprawowanym tam rządom i walczy o wolność. Rebelianckim separatystom pomagają ponadto partyzanci indonezyjscy, którzy na rzecz sprawy odeszli z armii. Po stronie rządu opowiedziało się natomiast ONZ, zatem znakomitych jednostek specjalnych w "JO" nie zabraknie: Delta Force, Seals, Green Berets, SAS z Wielkiej Brytanii, niemieckie KSK, francuskie GIGN, Spencaz (Rosja), SASR (Australia) i Kopassus z Indonezji. Wszystkie wymienione oddziały wyglądają inaczej, a także mówią z akcentem odpowiednim dla danej narodowości. Naturalnie możemy bić się po obu stronach konfliktu i wbrew pozorom rebelianci w czasie walki wcale nie wypadają gorzej od załogi ONZ.



Niezależnie od wybranej frakcji naszemu żołnierzowi musimy jeszcze określić klasę, a tych udostępniono pięć: strzelec, operator CKM, inżynier, snajper i medyk. Czym zajmuje się każda z tych postaci, wszyscy dobrze wiemy. A czym się owe klasy różnią, jeśli chodzi o uzbrojenie? Mówiąc krótko: niemalże wszystkim. Tylko medyk przywróci do życia nie w pełni poległych wojaków, moździerzami i rakietami ziemia-powietrze włada wyłącznie inżynier, a karabinami snajperskimi? To nie audio-tele. Dodam jedynie tyle, że wiele broni w "JO" podzielonych zostało na obie strony konfliktu i na ich ilość nikt nie powinien narzekać. Mamy tutaj prawie wszystkie elementy przydatne współczesnemu wojakowi: od zwykłych noży począwszy, przez popularne pistolety, karabiny szturmowe (np. AK47, AK74, M4, M16), CKM-y, rakiety, moździerze, trzy rodzaje granatów, miny, a na lornetce i noktowizorze skończywszy. Szczególnie spodobało mi się strzelanie z moździerzy, przy których należy korzystać z desygnatorów celu i brać pod uwagę np. ukształtowanie ostrzeliwanego terenu. Podobnie rzecz się ma snajperki wymagającej odpowiednich ustawień zebranych z uprzedniego przyglądania się terenowi lornetką. Uzbrojenie jest mocną stroną produktu i dlatego zachęcam Was do sprawdzenia każdej udostępnionej przez producenta zabawki, choć - jak wiadomo - im więcej ciężaru na plecach tym wolniej porusza się nasza jednostka.



A skoro o poruszaniu mowa, nie myślcie sobie, że "JO" to wyłącznie samo bieganie i strzelanie do przeciwnika. Kto by takie ogromne mapy chciał przemierzać pieszo? Nie na darmo producenci umożliwili nam jazdę, pływanie, a nawet latanie specjalnymi pojazdami, również w większości przygotowanymi oddzielnie dla każdej ze stron konfliktu. Blackhawki, amfibie, pontony, transportowce wodne, łaziki, wozy opancerzone, a nawet poduszkowce - tym wszystkim dysponują mapy, które dzięki tak bogatemu orężowi zamieniają się w znakomicie przygotowane pola bitew tryskające żywą grywalnością.



Dostrzegając potęgę wojny



Zapewne niejeden z Was marzył, aby bić się na ogromnych terenach, w oddali widzieć strzelające w naszą stronę CKM-y, uciekać przed setkami mknących po ziemi pocisków i podwyższać sobie poziom adrenaliny na widok niszczonych w powietrzu helikopterów, słysząc jęki zabijanych żołnierzy i ratując swoich kompanów z opresji jednym strzałem z wyrzutni rakiet. "Joint Operations" przedstawia właśnie taki obraz wojny. Wielkość map i ilość walczących w jednym czasie ludzi sprawia, że naprawdę czujemy się częścią potężnej drużyny, a nie długowiecznymi wirtualnymi bohaterami. Ba, bardzo często okazuje się, że po pojawieniu się na mapie pobiegamy sobie tylko kilka minut, a nawet sekund, po czym przeciwnik podzieli się z nami swoim ołowiem i jeśli medyka nie będzie w pobliżu, po pewnym czasie zaczniemy z powrotem zabawę od swojej bazy.



Wojenny klimat podkreślają ponadto komunikaty głosowe pomagające porozumieć się wojakom. Wśród nich znajdują się różne okrzyki, polecenia (Cover me!, Go, go, go!), prośby o podwiezienie itd. Znakomicie prezentuje się zabawa, gdy skorzystamy z jakiegoś komunikatora głosowego, jak np. "Teamspeak" i ze znajomymi rozpoczniemy od początku zaplanowany i strategicznie ułożony najazd na jakąś drużynę lub spróbujemy pokonać SI komputera w trybie kooperacji. Inteligencja PC mimo wszystko w "JO" nie została najlepiej zaprogramowana. Przeciwnik często, nie ukrywając się za krzakami, skałami, strzela do nas (zwykle nie trafiając), zdradza swoją pozycję i ginie od kuli niekoniecznie wytrawnego gracza. Fakt ten tylko potwierdza założenie, że "JO" nie nadaje się do zabawy jednoosobowej.



Wśród innych rodzajów prowadzenia bitew znalazł się typowy "Team Deathmatch", "Team King of the Hill" polegający na zdobyciu przez drużynę strefy centralnej mapy i jak najdłuższe jej kontrolowanie. Ostatnim trybem jest "Advance and Secure" - musimy bronić swojej bazy i zarazem przeprowadzać szturm na obóz wroga. Wydawałoby się, że producenci nie napracowali się zbytnio przy przygotowywaniu rodzajów gry - racja, aczkolwiek po pomnożeniu ich przez ilość, wielkość i różnorodność map otrzymalibyśmy bardzo zadowalający wynik. Grając w "JO" po prostu w ogóle nie miałem okazji się nudzić! Jeszcze teraz się zdarza, że odkrywam na mapach nowe miejsca i mam wrażenie, że dopiero kilka dni "JO" szczyci moją półkę.



Na froncie zapadł zmrok...



Wspominałem już o różnorodności map - wszystkie one co prawda powstały tylko na indonezyjskiej ziemi, ale widziałem tutaj niemalże wszystko, co chciałem zobaczyć: wielkie lasy, gęsto zarośnięte potężnymi drzewami, piękną trawę zdobiącą pofałdowane tereny wzgórz, błękitną lub całkowicie zieloną wodę, pola ryżowe, skromne wioski i ich mieszkańców, wyspy, po których należy przeprawiać się helikopterami lub pontonami itd. Przed testowaniem "JO" obawiałem się, że wielkość map będzie przyczyną ich monotonności, jednak się myliłem. Wszystkie miejsca zostały tutaj prawie idealnie dopracowane, nietrudno znaleźć pozycję, w której można byłoby posadzić snajpera, zacząć ostrzeliwanie wzgórza moździerzem lub z rakietą ziemia-powietrze wypatrywać wrogich helikopterów.



Całość dopełniają jeszcze cykle dnia i nocy - jeśli jedną bitwę będziemy przeprowadzać długo, zauważymy rewelacyjne zachody słońca i zmroki, w których nie obejdzie się bez noktowizora. Graficy i dźwiękowcy z firmy Novalogic swoją robotę wykonali wzorowo - stworzyli oni niepowtarzalny klimat trudnej, indonezyjskiej wojny, do której cały czas chce się wracać. W sferze oprawy technicznej produktu kłuła mnie w oczy jedynie fizyka i ogólna motoryka żołnierzy. Wszelkie pojazdy i ludzie poruszają się w grze zbyt sztywno, nienaturalnie. Często też np. helikoptery mogą nas zadziwić swoim działaniem - potrafią wylądować w powietrzu nad jakimś blackhawkiem lub, leżąc na ziemi, wybuchają w nieoczekiwanym momencie. Ogólnie jednak elementy te nie psują zabawy, która w "JO" cały czas jest przednia.



Go, go, JO!



"Join Operations: Typhoon Rising" należy do produktów, o których pamięta i gra się bardzo długo. Po nie do końca udanym "DF: Black Hawk Down" Novalogic zajęło się tytułem wyłącznie dla fanów e-sportu. Czy firma postąpiła słusznie? Zdecydowanie. "JO" obecnie jest chyba najlepszą pozycją dla miłośników wojennych strzelanek. Mamy tutaj niemalże wszystko: piękną grafikę, znakomity klimat, potężne mapy, wielu zawodników, sporo pojazdów i broni. Co prawda nie powinniśmy tutaj mówić o jakimś potężnym przełomie w dziejach gier sieciowych, choć gdyby tak się dłużej zastanowić... Mam nadzieję, że "JO" doczeka się swojego następcy, który zachwyci nas lepszą inteligencją komputera i poprawi kilka błędów technicznych. Póki co zachęcam Was do skorzystania z oferty Novalogic, bo turnieje w "JO" już się pojawiają, a polskich klanów nie brakuje. Zatem, jak to się przyjęło mówić w USA: "Wstąp do Armii!"



Plusy: grywalność, grafika, wykonanie map, 150 ludzi w jednej grze

Minusy: niedopracowana fizyka, słaba SI komputera



Base

Dowiedz się więcej na temat: ziemie | klimat | dystrybutor | zabawy | wielkość | mapy | wydawca

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje