Gry i filmy kiepską syntezą?

Najlepsze i najbardziej kultowe gry komputerowe doczekują się swoich ekranizacji filmowych. Jednak o większości z nich szybko chcielibyśmy zapomnieć. Czy istnieje szansa, że na podstawie fabuły gry komputerowej powstanie w końcu hit kinowy?

Najlepsze i najbardziej kultowe gry komputerowe doczekują się swoich ekranizacji filmowych. Jednak o większości z nich szybko chcielibyśmy zapomnieć. Czy istnieje szansa, że na podstawie fabuły gry komputerowej powstanie w końcu hit kinowy? Czy znów okaże się, że świeżo zapowiadane tytuły okażą się co najwyżej przeciętnymi produkcjami?

Cofnijmy się trochę w czasie i zastanówmy się, dlaczego przenoszenie wytworów multimedialnej rozrywki na duży ekran wypada tak słabo. Najlepszym tego przykładem jest ekranizacja gry "House of Dead", na której krytycy nie zostawili suchej nitki i stwierdzają jasno, że film to "mieszanka idiotycznej fabuły i kiepskiej gry aktorskiej". "House of Dead" znalazł się wśród 100 najgorszych produkcji na liście serwisu IMDB.com.

A przecież nie zaczęło się tak źle. Przypomnijmy sobie wiernie oddany, naszpikowany akcją i świetnymi - jak na czas powstania - efektami specjalnymi "Mortal Kombat". Film odniósł dość spory sukces i postanowiono stworzyć jego kontynuację. Niestety, później było już tylko gorzej. Sequel "Mortal Kombat: Unicestwienie" w ogóle nie powinien był ujrzeć światła dziennego i podobać się mógł jedynie zagorzałym fanom serii MK. Do mało chlubnych adaptacji gier komputerowych na srebrnym ekranie należą również obie części serii "Tomb Raider", gdyby nie piękna Angelina Jolie, przy oglądaniu tych produkcji w kinie można byłoby uciąć sobie krótką drzemkę. Kolejnymi mało ekscytującymi filmami na podstawie gier były "Mario", który przeznaczony był widocznie dla mniej rozgarniętej rzeszy fanów hydraulika, oraz "Street Fighter" ze słynnym J.C. Van Damme w roli głównej.

Bolączką "growych" filmów jest prawie zawsze kiepska fabuła (nawet świetne animacje i pełen trójwymiar w "Final Fantasy" nie były w stanie zretuszować słabego wąku fabularnego). Dodając do tego nie zawsze dobrą grę aktorską w takich produkcjach oraz fakt, iż są one traktowane przez producentów filmowych przeważnie jako element "zastępczy" zwykłych filmów bądź jako uzupełnienie luk w aktualnych planach wydawniczych, możemy śmiało stwierdzić, że przyszłość filmów opartych na fabułach rodem z gier nie rysuje się w różowych kolorach.

Ostatnimi czasy pojawiło się kilka szumych zapowiedzi - Uwe Boll (twórca kiepskiego "House of Dead") wkrótce zamierza pokazać swoje nowe dzieła. Będą to filmy powstałe w oparciu o "BloodRayne" (historia wampirzycy walczącej z nazistami), a także "Dungeon Siege" (gra w dużym uproszczeniu opowiada historię chłopa, który z motyką wyrusza ratować świat). Rewolucji w tym temacie z pewnością nie będzie, oby nie było wielkiego blamażu.

Na szczęście w przygotowaniu jest jeszcze kilka innych tytułów, znanych przede wszystkim graczom. Może takie pozycje, jak "Max Payne", "Devil May Cry", "Driver" czy "Fatal Frame" wniosą coś nowego do światowej kinematografii. Miejmy nadzieję, że fason utrzyma Paul Anderson, twórca filmu "Resident Evil", który jako jeden z nielicznych wyszedł z twarzą i stworzył naprawdę ciekawe widowisko. Na wrzesień planowana jest amerykańska premiera drugiej części filmu - "Resident Evil: Apocalypse".

Jak sami stwierdziliście w przeprowadzonej przez nas ankiecie, gry to istna kopalnia pomysłów. Szkoda, że nie dostrzegają tego ludzie odpowiedzialni za kinomatografię XXI wieku...

Dowiedz się więcej na temat: Dr House | gry komputerowe | filmy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje