Lord of the Ring: Conquest

W mojej świadomości w taki właśnie sposób funkcjonują - tu zostanę zlinczowany przez fanów - Gwiezdne Wojny. Gdy je odkryłem, będąc jeszcze dzieckiem, gwiezdna saga była dla mnie czymś niemal magicznym.

Gry, które początkowo na jej podstawie odnajdywałem, stały się przedłużeniem tej magii. Ta jednak zaczęła zanikać, kiedy zekranizowano drugą trylogię, a współczesna maszyna marketingowa stworzyła dziesiątki gier. Nie mówię tu, że wszystkie były (i są) do niczego, ale tak mocne wyciśnięcie soków z tej marki sprawiło, że odeszła mi ochota na poznawanie kolejnych tytułów.

Reklama

Wśród wszystkich gier z uniwersum Gwiezdnych Wojen była sobie miniseria Star Wars: Battlefront, wyprodukowana w studiu Pandemic. Taktyczna gra akcji, która stała się inspiracją do kolejnej produkcji - tej, którą chcemy tu dzisiaj omówić. Twórcy z Pandemic Studio zapragnęli przenieść swoje doświadczenia ze Star Wars: Battlefront w realia fantastyczne. Tak zaczął powstawać swojego rodzaju spadkobierca tej serii - Lord of the Rings: Conquest. Kolejna gra z syndromem opisanym powyżej. Trylogia Tolkiena była dla mnie kiedyś czymś pięknym. Po ekranizacji stała się czymś pospolitym. Natomiast po powodzi gier opartych na filmach (i nie tylko) ręce opadły mi kompletnie, a mój zachwyt przeminął. Kiedy już myślałem, że w końcu szał na wyciąganie kasy z filmowej adaptacji dobiegł końca - oto pojawiła się na horyzoncie kolejna gra. Postanowiłem przyjrzeć się jej bliżej i... o dziwo, uznałem, że może nie będzie tak źle, jak sądziłem.

Pomysłowe odrodzenie

Większość gier spod sztandaru Władcy Pierścieni była bardzo przewidująca. Wcielaliśmy się w bohaterów z Drużyny Pierścienia i przechodziliśmy kolejne znane z książki bądź filmu sceny i ich wariacje. Niewiele tytułów odbiegało od tego schematu.

I tu wchodzi na scenę Lord of the Rings: Conquest, w trakcie którego przeżyjemy jeszcze raz największe bitwy z całej trylogii. Ponownie zawitamy na pola Pelennoru, odwiedzimy Minas Tirith czy też mroczne głębiny Morii. Jednakże tym razem nie wcielimy się ani w dowódcę armii, ani w któregoś z bohaterów, a w zwykłego pionka rzuconego w sam środek brutalnej wojny. Po raz pierwszy poczujemy się jak mała jednostka w całej masie innych walczących o przetrwanie w ogniu ścierających się potęg.

Mięso armatnie

Do wyboru dostaniemy cztery rodzaje postaci. Będzie to wojownik, zwiadowca, łucznik oraz czarodziej. Jak łatwo zauważyć, każda z profesji to zgeneralizowany jeden z bohaterów trylogii: wojownik - Aragorn, zwiadowca - Frodo, łucznik - Legolas, czarodziej - Gandalf. I tak każdy z nich posiadać będzie indywidualny dla siebie zestaw umiejętności.

Można by przypuszczać, że najłatwiej przyjdzie przebijać się przez przeciwników wojownikiem, ale po relacjach, jakie zaczęły napływać po prezentacjach gry, okazało się, że każda opcja ma swoje wady i zalety - każda wymaga zastosowania kompletnie odmiennej strategii. Jest to bardzo pozytywny element, dzięki któremu fan żadnej opcji i stylu rozgrywki nie zostanie pokrzywdzony tylko ze względu na swoje preferencje.

Bohater w misji

Dodatkową atrakcją w czasie pokonywania kolejnych etapów będzie epizodyczna możliwość wcielenia się w bohaterów trylogii - w Gandalfa, Aragorna, a nawet w enty, czyli potężne istoty przypominające żywe drzewa.

Dowiedz się więcej na temat: Guardian | rozgrywki | ring

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje