Damnation

Ostatnimi czasy dało się zauważyć narodziny nowego trendu w branży. Otóż coraz częściej zdarza się, iż produkcją nowych, komercyjnych gier zajmują się nowo powstałe studia będące owocem...konkursów na modyfikacje znanych i uznanych tytułów.

Trudno potraktować to jako coś innego, niż próbę zwalczenia dającego się zaobserwować od jakiegoś czasu zastoju w świecie gier, zdominowanym przez prequele sequeli i kolejne rozszerzenia do samodzielnych dodatków. Z drugiej strony to dobrze, że wielkie koncerny dają szansę grupom zapaleńców, mających często więcej ciekawych pomysłów, niż całe sztaby i zespoły zawodowych mistrzów konceptu.

Reklama

Tak właśnie jest w przypadku Damnation, który pierwotnie nie był niczym innym jak zwycięskim modem do gry Unreal Tournament 2004. Codemasters postanowiło dać życiową szansę jego twórcom, czyli ekipie skupionej pod szyldem Blue Omega Entertainment, i zainwestować w pełnoprawny produkt stworzony w oparciu o koncepcje zawarte w modyfikacji. A trzeba przyznać, że zarówno sam setting, jak i zapowiadana rozgrywka, prezentują się całkiem ciekawie i smakowicie. Spójrzmy więc, cóż takiego starają się nam upichcić na silniku najnowszego Unreala zdolni i pomysłowi twórcy z Annapolis.

Dobry, zły i bogaty

Po niesamowitej wpadce, jaką było Turning Point: Fall of Liberty, "mistrzowie kodu" po raz kolejny zdecydowali zmierzyć się z alternatywną wersją historii. Świat gry został bowiem oparty na klasycznym i znanym już z kilku gier założeniu: pewien konflikt zbrojny nie potoczył się zgodnie z faktami znanymi z podręczników, lecz zamienił w długotrwałą, wyniszczającą wojnę. Konfliktem tym jest w przypadku Damnation wojna secesyjna, która zamiast dobiec końca po zaledwie czterech latach, przeciągnęła się daleko w XX wiek. W chwili, w której rozpoczynamy rozgrywkę, wojna trwa nadal, doprowadzając Stany Zjednoczone do niemalże całkowitego wyniszczenia, zarówno demograficznego, jak i gospodarczego. Ani Konfederaci, ani Unia nie chcą jednak posłuchać głosu rozsądku i wciąż starają się udowodnić swoje racje za pomocą ognia i ołowiu. Do czasu, gdy na scenę wkracza trzeci, niezależny gracz.

Jest nim prywatny przedsiębiorca, który majątku dorobił się przede wszystkim na handlu bronią, niejaki W.D. Prescott. Rzeczony magnat finansowy umyślił sobie bowiem, że dysponując dużymi zasobami finansowymi, nieograniczoną wręcz ilością broni i olbrzymimi wpływami, mógłby bez większego problemu zdobyć ostatnią z brakujących mu do szczęścia rzeczy - władzę absolutną. Takoż postanawia uczynić, sprytnie wykorzystując przysłowie o trzecim, który korzysta, gdy dwóch się bije. To w końcu wyrywa obydwie strony z krwawego i bezsensownego transu, jednocząc je pod wspólnym sztandarem w walce z podstępnym i odnoszącym kolejne sukcesy wrogiem. Z resztek najlepszych jednostek obydwu stron utworzona zostaje doborowa formacja nazwana Peacemakers, która staje się główną siłą koalicji w walce z prywatną armią Prescotta. Jednym z członków tego oddziału jest Hamilton Rourke, czyli koleś, którego losy spoczywają właśnie w naszych rękach. Nie dość, że chce on "siłom i godnościom osobistom" zaprowadzić pokój na całym świecie, to równolegle poszukuje zaginionej w wojennej zawierusze przyszłej matki swoich dzieci.

Przeminęło z dymem

Tyle o fabule, bo równie ważny co ona jest sam klimat gry. Wszyscy miłośnicy steam punka mogą już zaczynać piać z zachwytu, gdyż gra aż ocieka olejem i smarami.

Dowiedz się więcej na temat: rozgrywki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje