Zabij mnie, gro!

Fulko oglądał ostatnio telewizję. Rzadko to robi, bo wieczory spędza najczęściej na graniu na komputerze lub konsoli.

Tym razem jednak nic mu się nie chciało, a chłodny browar i orzeszki zachęcały do leniwego spędzenia wolnego czasu z pilotem w dłoni. Nawet się nie spodziewał, że tego wieczora zmusi swoje komórki neuronowe do intensywnego myślenia. A rzecz poszła o film.

Reklama

Filmem tym był jeden z odcinków CSI: Kryminalne zagadki Miami o tytule Urban Hellraisers. Nie to, żeby Fulko był fanem tej serii, bo nie był i nie jest. Samo jakoś wypadło - wcisnął na chybił trafił pierwszy lepszy przycisk w pilocie i ujrzał rudą facjatę Davida Caruso. Faceci po 50-tce to niekoniecznie to, czego zwykle szuka się wieczorem w telewizji, więc Fulko skierował ponownie pilot w stronę odbiornika. Przeskok na następny kanał jednak nie nastąpił. Nasz kanapon usłyszał bowiem coś intrygującego, coś, co wskazywało, że fabuła odcinka traktować będzie "o grach i graczach". Czyli o kimś takim, jak on.

Fulko to stary lisior i niejedno widział, dlatego też wcale nie spodziewał się pochwalnego peanu na temat rozrywki wideo. I nie zawiódł się. Gry (a w zasadzie jedna - bardzo brutalna) w filmie znowu były złe: mąciły ludziom we łbach, czyniły z nich psycholi i bezlitosnych bandziorów, a nawet zabijały! Cóż robili ci biedni, opętani ludzie? Otóż postanowili odtwarzać w realu sceny zaczerpnięte z wirtualnej rozgrywki. A że tytuł, w który ciupali (tytułowy Urban Hellraisers), to takie GTA w wersji hard, efekty ich działań były "konkretne": kradzieże, rabunki, zabójstwa, gwałty itd. Czyli to, co w Nowej Hucie Fulko ma na co dzień.

Akurat GTA to ulubiona seria Fulko, dlatego mimo przeżywania prawdziwych katuszy, dotrwał wreszcie do końca filmu. Piwo pomogło. Kiedy pojawiły się napisy końcowe, przeleciał je wzrokiem, ale nigdzie nie dostrzegł nazwiska Jacka Thompsona. Czyżby ten sympatyczny republikanin rzeczywiście nie maczał palców w tym projekcie? Jeśli nawet nie, to i tak ten odcinek kryminalnej serii z pewnością będzie ozdobą jego wideoteki.

Świeżo po seansie Fulko powiedział do siebie: bleeech, znowu czepiają się gier, znowu bredzą o jakimś oddziaływaniu na psychikę ludzi, nakłanianiu do przestępstw i innych banialukach. Oleum z orzeszków i chmiel z piwa to jednak nie dym i dlatego mózgownica myśliciela zaczęła pracować intensywniej. Przecież on TAKI NIE JEST, kim więc byli ci niegrzeczni, "szurający" w serialu gracze? Ano Józek* to znudzony studenciak, wyglądający rzeczywiście na psychola. Tylko dlaczego pod wpływem policyjnych gróźb i bólu z niegroźnej rany szybko zdrowieje na umyśle i wsypuje, kogo popadnie? Staszek to inny model, zajmuje się załatwianiem broni dla "grupy uderzeniowej" nieźle na tym zarabiając. Mietek znów to nikt inny, jak tylko producent zabójczej gry wideo, tej tytułowej, w którą wszyscy grają. Chłop postępuje w myśl starej ekonomicznej (zresztą słusznej) zasady, że im będzie głośniej o jego produkcie, tym lepiej. Ale nie oni są tu najważniejsi, lecz ich lider zwany Demonem. Bossem grupy i teoretycznie największym "odpałem" okazuje się być... Marzenka. Co ci jest, Marzenko? Chlip... z braku tego i owego niezbyt "podchodzę" chłopakom, więc aby zainteresować ich swoją osobą, gram, strzelam i zabijam lepiej od nich. "Pójdziesz siedzieć na długie lata!" Chlip, chlip, oj ja biedna...

Jakby Fulko nie kombinował, wychodziło mu, że owa grupa "psychopatów", odtwarzająca w realu grę wideo to żadni opętani psychole, tylko zwykli, zdrowi kretyni. To nie hipnotyczny trans płynący z komputerowej rozrywki popychał ich do przestępstwa, lecz własny biznes: jeden chciał zarobić na handlu bronią, drugi wypromować swoje dzieło, trzeci znaleźć partnera. Sama gra bez względu na to, czy była brutalna, czy nie stała się tylko pretekstem dla nich, by osiągnąć cel. Fulko wysnuł śmiałą teorię, że równie dobrze bodźcem do działania dla bohaterów filmu mógłby być jakichś komiks, musical, spektakl teatralny czy książka (w takiej Biblii to są dopiero mocne momenty). Jeśli tylko ktoś ma zło zakodowane w genach, byle co go sprowokuje.

Rzecz jasna dużym przegięciem byłoby rozgrzeszanie gier do końca. Zdarzają się ludzie, którym autentycznie wali w dekiel, gdy się zbyt utożsamiają ze wirtualnym światem. Fulko pamięć ma jak Gal Anonim, więc rychło przypomniał sobie inny film, który oglądał nie tak znowu dawno - jakieś 20 lat temu. To Zagrajmy w Lochy i Potwory z Tomem Hanksem. Film opowiadał o grupie nastolatków, maniaków gier RPG (wprawdzie tradycyjnych, nie komputerowych, ale zawsze...). Po dłuższej zabawie jeden z nich zaczął "odpływać" tracąc powoli kontakt z rzeczywistością, tak głęboko wczuwał się w rolę śmiałka zwalczającego baśniowe potwory. Historia ta nie skończyła się niestety happy endem. Tym razem gra pokonała człowieka. Tylko że dotyczy to jednostek.

.Fulko wspomniał o dwóch filmach traktujących o grach, ale każdy z was ma pewnie własny pogląd na temat wpływu elektronicznej rozrywki na waszą psychikę. Fulko domyśla się, jaki, bo ma podobny. Ale jeśli rzeczywiście gry drenują nasze umysły, to może dać sobie z nimi spokój, zastępując wyczerpujące sesje przed ekranami monitorów bardziej tradycyjnymi sposobami spędzania wolnego czasu: przy piwie, orzeszkach i telewizorze. Może. Tylko z drugiej strony piwo to alkohol, a ten zbiera rocznie więcej ofiar śmiertelnych wśród ludzi, niż wszystkie gry wideo na świecie wzięte razem od chwili ich powstania aż do 100 lat naprzód włącznie. To już chyba lepiej wrócić do komputerowej zabawy.

Po wielogodzinnych bojach w GTA, zaliczeniu mniej lub bardziej "paździerzowatych" filmów o graczach i przeanalizowaniu argumentacji aktywistów pokroju Thompsona Fulko odkrył coś genialnego: to nie gry są wcale złe.

To ludzie mają nie po kolei we łbach.

Gry-Online
Dowiedz się więcej na temat: zabójstwo | rozrywki | film | wideo

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje