Boom Blox

Choć co roku zalewani jesteśmy setkami produkcji, bez cienia wątpliwości możemy powiedzieć, że o gry naprawdę oryginalne - chociażby w pewnym stopniu - jest niezwykle trudno. Można pokusić się jednak o stwierdzenie, że już na starcie "bonus"...

...do oryginalności otrzymują programy przeznaczone na najnowszą konsolę Nintendo. Wii posiada w sobie ten specyficzny akcent, jaki od początku zapewnia grze nutkę odmienności. A ta "inność" przyciąga kolejnych twórców.

Reklama

Mniej więcej rok temu przedstawiciele Electronic Arts Inc. zapowiedzieli, że będą współpracować z jednym z najbardziej znanych reżyserów i producentów filmowych, zdobywcą Oscara, a ostatnio "wskrzesicielem" dr Jonesa, Stevenem Spielbergem. Już sam dorobek kinowy tego człowieka daje ogromne nadzieje. Zasługuje na wzmiankę fakt, że to właśnie jemu - w mniej lub bardziej bezpośredni sposób - zawdzięczamy powstanie firmy Dreamworks, a w następstwie powstanie kultowego już The Neverhood.

Komentując zapowiedź nowej współpracy, Spielberg powiedział, że chciałby stworzyć grę wideo, w którą będzie mógł zagrać z własnymi dziećmi. Na rezultat kooperacji nie musieliśmy długo czekać. Oto w nasze ręce wpadło Boom Blox - pierwsze dziecko tego duetu, które, choć nieco wtórne, potrafi pokazać ząbki.

"Z czym to się je?"

Gdyby należało uogólnić - Boom Blox jest produkcją... o bloczkach. Małych kostkach, klockach czy jakkolwiek je kto zwał. Przez ponad trzysta map przychodzi nam niszczyć stworzone z nich rozmaite konstrukcje, spełniając przy tym określone warunki. Czasami otrzymamy jedynie określoną ilość rzutów, w czasie których będziemy musieli zniszczyć daną budowlę. Kiedy indziej otrzymamy konieczność bronienia czegoś/kogoś, stając w zgoła odmiennej roli, broniąc do ostatniej krwi bliskich naszym sercom sześcianów. Oczywiście to tylko przykładowe cele, których reszta różni się między sobą tak złożonością, jak i stopniem irytowania użytkownika.

Niezależnie od tego, czy gramy w - nazwijmy to ambitnie - tryb fabularny, czy też pojedyncze misje, powtarza się cały czas jeden schemat: co rusz przechodzimy od mapy do mapy, realizując wspomniane wyżej zadania. Za spełnienie warunków otrzymujemy jeden z trzech medali - brązowy, srebrny lub złoty (zaskakujące, nieprawdaż?). Przy pokonywaniu kolejnych etapów jesteśmy zmuszeni do wykorzystywania różnych środków - od wirtualnej dłoni, za pomocą której możemy wyciągać bloczki, przez linę, za pomocą której możemy kręcić kostkami, a na piłkach i bombach skończywszy.

Samo przyzwyczajenie do zabawy zajmuje dłuższą chwilę. Choć same reguły sterowania są proste jak drut, dojście do wprawy (nawet mimo sporego stażu w używaniu kontrolera Wii) potrafi zająć człowiekowi kilkadziesiąt minut. Samą rozgrywkę ułatwiają, bądź też utrudniają (zależnie od preferencji i celów danego etapu), różne właściwości klocków. Część to standardowe metalowe/kamienne bloczki, podczas gdy inne to magiczne sześciany (znikające po uderzeniu), substancje chemiczne reagujące, gdy zetkną się razem, szkło i wiele, wiele innych. Ich odpowiednie użycie zapewnia sukces, nieuwaga zaś jeden ruch mniej i mniejszą szansę na wygraną.

Czy "nazwisko" pomogło?

Tryb fabularny Boom Blox to jeden z aspektów gry, jaki wywołuje najbardziej mieszane uczucia. Mamy tu cztery historie połączone postaciami - nomen omen - bloczko-podobnych zwierzątek (zaprojektowanych przez samego Spielberga). Każdej z ras przypisano specyficzne dla niej cechy. I choć starszemu użytkownikowi część z opowiastek może wydać się zbyteczna, sami główni bohaterowie, przynajmniej dla tych najmłodszych, którzy kręcili się wokół podczas testowania gry, wydają się niezwykle przyjaźni i przyciągający wzrok. Fabuła wyjaśnia zaś potrzebę rozwalania kolejnych konstrukcji. No i artworki ze zwierzakami - mina owcy: bezcenna.

Dowiedz się więcej na temat: mapy | boom

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje