Transformers: Upadek Cybertronu

Transformery nigdy mnie do końca nie przekonywały. Ot, historia o gadających i zmieniających kształty robotach - naiwna, żeby nie rzec: głupiutka. A gry o Transformerach nie przekonywały mnie tym bardziej.

Część z was pewnie mnie zlinczuje za powyższe słowa i zapyta: "dlaczego taki gość recenzuje grę o Transformerach?". Pytanie poniekąd słuszne, ale właśnie dzięki temu, że podejście do Transformerów mam, jakie mam, to mogłem podejść do kolejnej "growej" adaptacji ich przygód bez odciągającej uwagi od szczegółów podniety. I mogłem w pełni dać się zaskoczyć produkcji opracowanej przez High Moon Studio. Nadal nie przepadam za Transformerami, ale najnowszą grę z ich udziałem - całkiem serio - polubiłem.

Na wstępie krótki rys historyczny. Transformers: Upadek Cybertronu jest prequelem dla dwóch poprzednich gier z serii - Transformers: Zemsta Upadłych oraz Transformers: Dark of the Moon. Przenosimy się w niej na Ziemię, do której zgładzenia pozostało raptem sześć dni. Autoboty wciąż walczą o uratowanie planety, zaś Decepticony ani myślą im w tym pomagać. Naszym głównym celem w grze jest ucieczka z upadającego Cybertronu. Nadzieją Autobotów pozostaje Arka, czyli ogromny transportowiec, na pokładzie którego można by zwiać. Na jego uruchomienie nie chcą jednak pozwolić Decepticoni, na czele których stoi znany wszem i wobec Megatron. Nie spodziewałem się po fabule Transformers: Upadek Cybertronu niczego szczególnego, więc nie jestem ani odrobinę zaskoczony jej co najwyżej niezłym poziomem.

Reklama

Autorzy zawarli w Transformers: Upadek Cybertronu kampanię podzieloną na trzynaście rozdziałów, w których przychodzi nam wielokrotnie zmieniać stronę konfliktu. W ten oto sposób przyczynili się do niemałej dezorientacji i braku przywiązania do bohatera/ów, co jednak w takiej grze nie powinno przeszkadzać. Tu liczy się przede wszystkim widowiskowość - jeżdżące/kroczące/latające roboty, strzelające do siebie ze wszystkiego, z czego tylko się da, wybuchające etc. Czyli tego, z czego znane są Transformery pod każdą z postaci - czy to filmową, czy kreskówkową, czy "grową". Warto wspomnieć, że w Transformers: Upadek Cybertronu - w przeciwieństwie do poprzedniczek - nie znalazł się tryb kooperacji, co jednak nie powinno być potraktowane jako wielka wada, gdyż nawet, gdy ów tryb się pojawiał, trudno było dorwać kogokolwiek chętnego do wspólnej zabawy. To nie Call of Duty.

Transformers: Upadek Cybertronu to shooter w najczystszej postaci, przedstawiony z perspektywy trzeciej osoby (trzeciego robota?). Twórcy uniknęli monotonii poprzez ciągłe zmiany robotów - w grze możemy wcielić się w różnych Transformerów, takich jak potrafiący przekształcić się w mechanicznego dinozaura Grimlock bądź obdarzony wyjątkowo dużą siłą rażenia Megatron. Czasem kierujemy robotem kroczącym, czasem jeżdżącym, a czasem latającym - dla każdego coś miłego.

Na ukończenie kampanii będziesz potrzebował co najmniej sześciu godzin. Czy czas rozgrywki będzie taki, czy dłuższy, zależy od tego, czy będziesz gnał przed siebie, ile sił w metalowych nogach (ew. kołach czy gąsienicach), czy też będziesz pieczołowicie czyścił plansze z przeciwników. To drugie rozwiązanie jest o tyle lepsze, że zbierzesz dzięki niemu więcej energonu, czyli tutejszej waluty. Dzięki niej będziesz miał więcej swobody w rozwijaniu swojego Transformera. Na mapach rozmieszczono punkty, w których można odpłatnie modernizować nasz arsenał. Poza tym twórcy ukryli na nich nagrania audio do kolekcjonowania oraz plany sekretnych broni. Jeśli będziesz chciał zebrać wszystko, co jest do zebrania, czas potrzebny na ukończenie gry wydłuży się do minimum ośmiu godzin.

Po tym czasie będziesz się mógł przenieść do trybu multiplayer, w którym czeka na ciebie kilka opcji rozgrywki - bardziej typowe Team Deathmatch i Capture the Flag bądź nieco mniej sztampowe Conquest (utrzymywanie punktów na mapie) oraz Head Hunter (po pokonaniu przeciwnika musimy zanieść jego pozostałość do określonego punktu na mapie). Ponadto do dyspozycji mamy jeszcze Eskalację, a więc coś na wzór znanej z Gears of War Hordy, w której - wspólnie z paroma innymi graczami - musimy przetrwać 15 ataków wroga. Warto wspomnieć, że w multiplayerze możemy edytować swojego Transformera - zmieniać mu kolory, podzespoły czy używane typy broni.

Silnik graficzny Transformers: Upadek Cybertronu pozwolił na przedstawienie historii w widowiskowy sposób. Gra jest wyjątkowo efektowna, momentami bardziej się ją ogląda niż w nią gra - co niektórzy uznają za minus, a inni na plus. Strona dźwiękowa jest prawie tak dobra, jak w filmowych Transformerach, a bohaterowie przemawiają znanymi z kinowych produkcji głosami.

Transformers: Upadek Cybertronu nie jest grą wybitną ani nowatorską. Wszystko, co się w niej znalazło, doskonale już znamy, a mimo to gra się w nią niezwykle przyjemnie. Co z tego, że po tygodniu czy dwóch zapomnimy o niej na dobre?

Plusy:

+ widowiskowa i różnorodna kampania

+ możliwość pokierowania różnymi Transformerami

+ opcja rozwijania robotów i "znajdźki" do odkrywania

Minusy:

- niczym niezachwycająca fabuła (jak to w Transformerach)

- nie zaskakuje niczym

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama