The Settlers 7: Droga do królestwa

Już od dawna marka Settlers rozmieniała się na drobne i nie potrafiła odnaleźć w sobie tej magii, dzięki której zasłynęła. A tu - niespodzianka. Droga do królestwa to naprawdę świetna strategia ekonomiczna!

Delikatnie mówiąc, nie czekałem na siódmą część Settlersów jak pijak na wypłatę. Sądziłem, że będzie polegała na tym samym, co wszystkie wcześniejsze, a jej nowości okażą się z gatunku tych, o których marketingowcy rozpisują się na pudełku z grą, ale których podczas zabawy się praktycznie nie zauważa.

Reklama

Tak się jednak nie stało. Oczywiście Droga do królestwa nadal zachowuje podstawowe mechanizmy obecne w cyklu od samego początku, ale poza tym oferuje też sporo nowości, których wpływ na zabawę jest zaskakująco duży. Co więcej, wszystkie one są ciekawe, dobrze wyważone i wprowadzone do gry tak umiejętnie i logicznie, żeby zrozumieli je zarówno nowicjusze, jak i weterani Osadników.

Dla Osadników - starych i młodych

Tym drugim początkowo gra może się wydawać zbyt prosta. Pierwsze misje bowiem prowadzą za rączkę i pokazują stare, dobrze znane zależności, np. to, że do stawiania budynków potrzebne są kamienie wydobywane w kamieniołomach i deski uzyskiwane w tartaku z bali drewna pozyskanych w lesie przez drwala.

Ale nawet jeśli 3-4 pierwsze misje będą dość oczywiste, już w nich każdy fan serii dostrzeże kilka rzeczy, które zaciekawią go i nie pozwolą odejść od monitora. Po pierwsze, stare mechanizmy zrealizowane są bardzo dobrze, interfejs informuje o wszystkim, co jest potrzebne, a żadne niedociągnięcia nie rzucają się w oczy - widać więc, że gra jest dopracowana.

Po drugie, animowane filmiki, bajkowa grafika oraz komiczne dźwięki wydawane przez Osadników budują klimat dościgający ten z "jedynki" - lekki, relaksujący i pełen niezaprzeczalnego wdzięku. Po trzecie, już te początkowe poziomy są skonstruowane tak, że - mimo iż mało wymagające - dowodzą fachowego podejścia twórców do tematu. Każdy nowy mechanizm rozgrywki wprowadzany jest jasno i w odpowiednim momencie. Jest więc czas, by wszystkiego się nauczyć i sprawdzić w praniu - dlatego Settlers 7 jest przystępne również dla tych, którzy nie grali w żadną odsłonę serii, a nawet nie są fanami strategii.

Na szczęście ukłonem w stronę mniej hardkorowego gracza są tylko pierwsze poziomy kampanii opowiadającej o drodze księżniczki Zoe do własnego królestwa. (Swoją drogą, fabuła to najsłabszy element gry - jest nieciekawa i na tyle schematyczna, że już po finale pierwszego przerywnika byłem w stanie powiedzieć, jak się ta historia zakończy). Późniejsze etapy stawiają coraz większe wyzwania, ale i wprowadzają nowe opcje, które pozwalają sobie z nimi poradzić. Od bodaj szóstej misji można też wybrać poziom trudności - dlatego każdy gracz jest w stanie skomplikować sobie życie w stopniu wprost proporcjonalnym do własnego masochizmu. A powiem tylko, że ostatnia misja, w której walczy się w pojedynkę przeciwko trzem silnym wrogom, naprawdę potrafi zlasować dendryty. Znaczy się: jest wymagająca. W kolejnych świetnie zaplanowanych misjach osadzonych na równie dobrze zaprojektowanych mapach wprowadzane są nowe mechanizmy. A trochę ich jest. Główne dotyczą najgłośniej reklamowanej i - o dziwo - także najważniejszej modyfikacji w serii.

Wszystkie drogi prowadzą do... królestwa

Bo choć podstawa gry pozostaje bez zmian - więc nadal trzeba budować silną gospodarkę dzięki jak najlepszemu wykorzystaniu dostępnych surowców - zwycięstwo da się teraz osiągnąć nie tylko w jeden sposób. Tytułowych dróg do królestwa jest znacznie więcej, a biorą się one z możliwości wykorzystania trzech nowych ścieżek rozwoju: handlowej, militarnej i technologicznej.

Dowiedz się więcej na temat: mechanizmy | drobne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje