Devil May Cry 4

Wielkie miecze, gnaty i skórzane płaszcze, a do tego setki wrogów do zabicia w niezwykle spektakularny sposób. Brzmi znajomo? Powinno, bo oto na pecety powraca Devil May Cry, tym razem opatrzony numerem 4. Ta część wprowadza do serii powiew świeżości, dostaliśmy bowiem w swoje ręce drugą grywalną postać.

Wszyscy fani bardzo obawiali się tak radykalnej zmiany, jak się jednak okazuje, zupełnie niepotrzebnie. Nero okazał się równie ciekawy co Dante, a niezwykle widowiskowe pojedynki i utarczki słowne tych dwóch bohaterów na długo pozostają w pamięci.

Reklama

Dwóch przeciw światu

Zresztą cóż może być lepszego niż białowłosy mangowy bohater z mroczną przeszłością, wielkimi gnatami i jeszcze większym mieczem? Oczywiście dwóch takich bohaterów. Jednak bez obaw, Nero nie jest po prostu klonem Dantego. Ma on swoją własną osobowość i choć pod wieloma względami przypomina sławnego łowcę demonów, bez trudu można ich rozróżnić. Nero to młody kogucik, kontestujący wszystko dookoła, narwany i skory do gniewu. Dante to stary wyjadacz, niejedno już widział i nic go nie może zaskoczyć. Jego pokłady opanowania i cynizmu są wręcz nieprzebrane.

Na samym tylko konflikcie tych dwóch postaci można by zbudować świetną historię, jednakże scenarzyści z Capcomu poszli o wiele dalej. To, co zaczyna się jako pojedynek dwóch twardzieli, okazuje się skomplikowaną opowieścią o zdradzie, miłości, potępieniu i zbawieniu, a całość przedstawiona została w rytmie soczystego industrial metalu. Nie obawiajcie się jednak, nie zrobili z Devil May Cry 4 opery mydlanej, akcji tu z całą pewnością nie brakuje. Tak po prawdzie to jest tu głównie akcja, okraszona naprawdę pięknymi przerywnikami filmowymi.

Poza jest wszystkim

Jeśli ktoś by zapytał, o co tak naprawdę chodzi w tej grze, bez wahania można odpowiedzieć: "O styl i pozę". Myliłby się ten, kto uznałby tę produkcje za zwykłą platformową bijatykę. Oczywiście sprowadza się ona głównie do kopania tyłków piekielnym zastępom, ale trzeba robić to z fasonem. Widać to nie tylko w przerywnikach filmowych, ale również w samej rozgrywce. Nasi bohaterowie rozgrzewają się z każdym kolejnym ciosem, a na ekranie pojawia się licznik komba. Im wyżej go podniesiemy, tym więcej dostaniemy za to czerwonych sfer, które pozwalają nam na wykupienie kolejnych umiejętności i kombosów.

Należy przyznać, że wciąga to potwornie. Już po kilku walkach robisz wszystko, by w jak najbardziej spektakularny sposób pozbawić przeciwników życia. Kiedy na ekranie pojawia się komunikat Deadly, już wiesz, że dobrze zacząłeś; kiedy widzisz Carnage, jesteś już na dobrej drodze do Super Smokin', czyli momentu, w którym pokazujesz swym wrogom, czym jest prawdziwe piekło na ziemi. Co więcej, aby do tego doprowadzić, nie wystarczy po prostu spazmatycznie naciskać klawisz odpowiedzialny za atak. By wzbić się na prawdziwe wyżyny, musimy umiejętnie łączyć wszelkie ataki i umiejętności specjalne, do których mamy dostęp, no i przy okazji samemu nie zostać rannym. Jednakże wyobraźcie sobie tylko frajdę płynącą z oglądania, jak nasz bohater za pomocą wielkiego miecza wyrzuca demona w powietrze, sam podskakuje, zadając wrogowi serię szybkich ciosów, po czym opada, wirując i strzelając jednocześnie z dwóch spluw na raz - tylko po to, by tuż nad ziemią znów sięgnąć po kosę i przybić nią kolejnego przeciwnika do ziemi. Brzmi fantastycznie? Bo takie właśnie jest.

Spluwy i miecze

Do krzywdzenia wszelkiego rodzaju paskud oddano nam całkiem niezłą kolekcję broni. Każdy z naszych dwóch bohaterów dysponuje nieco innym arsenałem. Obaj posługują się dwuręcznymi mieczami oraz pistoletami, na tym jednak podobieństwa ich uzbrojenia się kończą, gdyż obydwaj preferują zupełnie inne style walki.

Dowiedz się więcej na temat: umiejętności

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje