Command & Conquer 4: Tiberian Twilight

Aż trudno w to uwierzyć, ale Kane - przywódca Bractwa Nod - po raz pierwszy zagościł na monitorach komputerów niemal półtorej dekady temu. Po piętnastu latach opowieść o nim ma się zakończyć. Command & Conquer 4: Tiberian Twilight to finalna część "cyklu tyberiańskiego" C&C. Wszystkie watki zostaną dokończone, zagadki znajdą swe wyjaśnienie, motywy Kane'a staną się jasne.

Trudno powiedzieć, czy to dobrze. Czasem lepiej pozostać z głową pełną domysłów, niż zobaczyć wszystkie karty wyłożone na stół. Decyzja jednak zapadła, więc pozostaje nam mieć nadzieję, iż finał nie zawiedzie naszych wygórowanych oczekiwań.

Reklama

O fabule siłą rzeczy nie wiadomo wiele - ma to być niespodzianką. Tło wydarzeń, których staniemy się częścią prezentuje się intrygująco. W 2067 roku Ziemia jest już prawie całkowicie opanowana przez Tyberium. Zdziesiątkowana ludzkość żyje w nielicznych enklawach. I w tym momencie do bazy GDI w Manchesterze przybywa z propozycją współpracy... Kane. Przynosi ze sobą Tacitusa i twierdzi, iż dzięki artefaktowi może kontrolować wzrost Tyberium. Powstaje ogólnoświatowa sieć placówek, powstrzymujących przemianę planety. Mijają lata. Nie wszyscy w GDI są w stanie uwierzyć w dobre intencje Kane'a. W Bractwie Nod pojawiają się za to separatyści, chcący wojny. W tym momencie wkraczamy do akcji.Z niewielką pomocą fanów...

Tworząc Command & Conquer 4: Tiberian Twilight ekipa z oddziału EA w Los Angeles od początku stawiała na jak najlepszą komunikację z rzeszą fanów serii. To właśnie gracze wybrali podtytuł - wykorzystując zresztą nazwę przewidzianą na zakończenie serii jeszcze w czasach, gdy była ona tworzona przez studio Westwood. Udział fanów nie kończy się na tym. Wiele elementów mechaniki zostało opracowanych w oparciu o sieciowe sondaże, a co jakiś czas można wziąć udział w konkursach na nazwy dla jednostek. Twórcy cały czas są w kontakcie z przyszłymi potencjalnymi nabywcami gry - rzadko na taką skalę współpracuje się z sieciową społecznością. Ale też Command & Conquer 4: Tiberian Twilight będzie grą w pełni sieciową - nawet grając w trybie dla pojedynczego gracza będziemy potrzebowali połączenia internetowego (a przynajmniej na to aktualnie wygląda). Nie wygląda to tym razem na fanaberię związaną z ochroną praw autorskich, a na bardzo dokładnie przemyślaną koncepcje rozgrywki.

Zabawa z nową odsłoną serii Command & Conquer w swym zarysie kojarzy się nieco z... korzystaniem z poczty gmail. Wszystkie nasze dane - profil gracza a nawet zapis stanu gry znajdą się na dedykowanych serwerach EA, byśmy mogli w każdej chwili podjąć walkę korzystając z zupełnie innego komputera. Tak, zapomnijmy o konieczności trzymania płytki w napędzie. Z tym powiązany jest rozwój naszego profilu - z każdą rozgrywką w dowolnym z trybów zdobywać będziemy doświadczenie, pozwalające na dostęp do rozmaitych zawansowanych jednostek czy ulepszeń.

Powiązanie gry z siecią wynika też z kilku innych rozwiązań, zastosowanych w Command & Conquer 4: Tiberian Twilight. Przede wszystkim zostanie zastosowany mechanizm znany już z Red Alert 3, czyli dowodzenie we dwie osoby. Oczywiście możemy zdecydować się na wykorzystanie SI jako towarzysza broni, ale w momencie gdy zabawa toczy się na dedykowanych serwerach chyba znacznie ciekawiej będzie walczyć u boku znajomego. Zwłaszcza, że rozwiązania sieciowe planowane przez EA powinny pozwolić na bezproblemową kontynuację zabawy jedynie w towarzystwie wybranej osoby. Ze wspólną zabawą związana jest też specjalizacja poszczególnych dowódców, ale o tym za chwilę. Na razie skupmy się jeszcze na aspektach sieciowych. W trybie multi bawić się mogą dwie drużyny po pięć osób. Przewidziana jest nawet opcja kontynuowania czegoś w rodzaju kampanii w gronie znajomych. Postawienie na dedykowane serwery ma też ułatwić działanie klanom i zapewnić przejrzystość rankingów.

Dowiedz się więcej na temat: Electronic Arts

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje