Nie okładka zdobi grę

Jak nakłonić człowieka, by nie kupił dobrej gry, czyli kilka słów o okładkach gier.

Żyjemy w czasach bogatych wizualnie. Wszystko, co nas otacza, aż pęka od form i koncepcji graficznych; otaczamy się przedmiotami wykonanymi z kunsztem, których funkcjonalność jest równie ważna jak design. Użytkownicy Photoshopa, 3d Maksa czy innego GIMP-a atakują nas swoimi wizjami od pudełka ciasteczek po obudowę monitora. Uwielbiam ładne przedmioty, fajne okładki, dobrze dobrane zestawy kolorów (tak, mam Maca). Za to czasem cierpię niemożebnie, patrząc na okładki gier. Niestety.

Reklama

Tak, jestem wzrokowcem, jestem grafikiem i jestem dziewczyną - więc zdarzyło mi się nie raz kupić coś oczami. To znana przypadłość wśród gatunku żeńskiego; podobnie cierpi na nią też ród męski (chociaż mają nieco inne do tego podejście). Na moich półkach pałętają się książki i filmy, które zachwycały wizualną oprawą opakowania, natomiast zawartość ich jest, elegancko rzecz ujmując, beznadziejna, żałosna i godna najwyższej pogardy. Gry natomiast miały tendencję odwrotną. Wiele znakomitych i wcale niebrzydkich graficznie tytułów dzięki okładce robiło furorę równie wielką jak zdechłe kwiatki albo wystrzępione pluszowe misie. I o tym właśnie dzisiaj będzie. O brzydkich, nieładnych i nieciekawych opakowaniach. O tym, jak ciężko przekonać normalnie myślących ludzi, że to w środku jest fajne, a to na zewnątrz - to jakoś tak wyszło. O tym, że producenci winni inwestować w działania DTP, a nie tylko w trójwymiarowe animacje.

Moja kolekcja

Patrzę sobie właśnie na własną półeczkę z gierkami. Nie ma tego dużo, bo graczem jestem sobotnio-niedzielnym, i to zakładając, że akurat mi się chce. Pyszni się tam kolekcjonerka Wiedźmina przytulona do słynnej puszki stalkerowej; tuż przy nich leży rozbebeszony Assassin's Creed. Ślicznie wydane, pachnące, aż rwie się serce do grania - przy tak dobrych wydaniach nawet mi się recenzji nie chce czytać. Po co? Musi być dobre - woła moje casualowe wyczucie tematu. Zaraz za nimi, w kącie, czają się okładkowe potworki.

Pierwszym z rzędu jest Half-Life 2: The Orange Box. Jest to absolutnie najbardziej straszliwe wydanie ever. Głównym elementem jest podświetlony ludzik, który sam siebie wyrzuca do śmieci. Obok niego niby coś tam stoi, ale wszyscy zapamiętują tę nieszczęsną ikonkę i wszechobecny pomarańczowy kolor. Nie przeprowadzałam sondażu, ale sądzę, że spora ilość ludzi, którym tytuł absolutnie nic nie mówi, powiążą okładkę z reklamą jednej z sieci komórkowych. Przekaz ikonograficzny też jest niezły - "Wyrzuć mnie do kubła zaraz po zakupie". Rewelacja.

Patrzę więc dalej, bo może się czepiam. H-L2 jakoś nigdy nie było moją ukochaną grą, więc może to względy absolutnie osobiste? Jednak od razu w ręce wpada mi następny tytuł: Neverwinter Nights - wydanie kompilacyjne dwóch dodatków. RPG uwielbiam, chowałam się na tym, a to przecież sztandarowy tytuł. Wydany straszliwie. Nijak bym nie wpadła (gdybym nie wiedziała, rzecz jasna), co się kryje w pudełku. Obwoluta jest czarna, z bohomazem w tle, a na niej napieprzone na upartego możliwie jak najwięcej napisów. Wszystko z jakimiś cieniami, podświetleniami i zygzakami.

Bliżej temu do horroru typu gore (szczególnie przez dodanie pięknego elementu krwistej czerwieni) niż do przyjemnej, bardzo spokojnej rozgryweczki i biegania za smokami z mieczykiem w łapce. Omijałam tę grę naprawdę szerokim łukiem, zanim się nie dowiedziałam, co zawiera. Teraz tytuł wydany w Ekstraklasyce Gold już nie jest wizualnie tak hmm... inwazyjny, ale dalej nie wiadomo, co to jest, jaki gatunek i czego dotyczy.

Dowiedz się więcej na temat: okladka | okładki | okładka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje